W zgodzie ze sobą

Rozmowa z Robertem Burdalskim – pedagogiem, specjalistą z zakresu organizacji pomocy społecznej, realizatorem programów profilaktycznych, prezesem Stowarzyszenia NOE, dyrektorem Domu Pomocy Społecznej Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich w Szyldaku koło Olsztyna.



W małych gminach ciężko przebić się z ambitnym programem profilaktycznym. Zgodzi się Pan z tą opinią?
Rzeczywiście, jest z tym pewien problem. Głównie z tego powodu, że skład rady miejskiej zmienia się co cztery lata i tak naprawdę pełnomocnik czy osoba, która nadzoruje program profilaktyczny na terenie gminy, za każdym razem zaczyna pracę z radnymi od zera. Od początku tłumaczy kolejnym radnym, na czym polega profilaktyka, i zanim oni zaczynają rozumieć znaczenie gminnego programu profilaktyki, znów są wybory i zmienia się ekipa. Naprawdę, nic nie ujmując tym osobom, oni są specjalistami w swojej branży, natomiast nie znają się na profilaktyce, a podejmują decyzje. Sytuacja będzie stale się powtarzać – jest demokracja i taką mamy samorządność. Radni przychodzą nierzadko z nastawieniem, że te pieniądze są do „uszczypnięcia”, każdy z nich ma przecież swoją działkę, którą chciałby dobrze pokierować i to są takie interesy – szczególnie w małych gminach – bardzo często ze sobą powiązane. Ktoś chce mieć dzięki temu dobrą opinię w swoim środowisku, wśród swoich wyborców – chce organizować festyny, a one się sprzedają. Dla nich liczy się często to, że można się pokazać, zrobić zdjęcia – wszystko jest fajnie, na wesoło. Bardzo często te festyny są organizowane pod nazwą profilaktyczne, a w ich trakcie serwuje się piwo. Takie sytuacje niestety się zdarzają. Bardzo dużo pieniędzy idzie też na sport. Radni są przekonani, że lepiej zająć dzieci sportem i odciągnąć je od ryzykownych zachowań, niż tego nie robić.
Gdyby były to regularne zajęcia sportowe, to ja bym jeszcze tego sportu broniła.
Ale tak nie jest. To jest tylko epizod, jakaś impreza, coś, co się dobrze sprzedaje, co ludzie kupują. Najgorsze jest to, że wybierane są działania, które z profilaktyką nie mają nic wspólnego. Imprezy sportowe, rekreacyjne, a nawet festyny mogłyby się obronić, jeśli byłyby wpisane w program profilaktyczny, który zakłada takie alternatywne przedsięwzięcia wspierające, wówczas ma to swój sens i te działania też mogą przynieść efekt profilaktyczny. Programy, które mają przynieść efekt profilaktyczny, są oparte na kilku strategiach profilaktycznych, a pierwsza, najważniejsza strategia to są przekonania normatywne – jeśli program jest oparty o tę strategię, to będzie skutecznym programem. Niestety, nie wpisują się w to żadne działania sportowe czy organizowanie festynów. Mam swoje doświadczenia, bo przecież program profilaktyczny realizowałem wiele, wiele lat na terenie miasta Ostróda. Byłem pełnomocnikiem burmistrza i co cztery lata miałem ten sam problem, musiałem edukować i przygotowywać radnych do działań profilaktycznych. Mnie się to całkiem dobrze udawało.
Wykorzystywał Pan różne metody, w tym edukację za pośrednictwem mediów.
Myśmy bardzo szeroko w tych działaniach poszli. Wydawaliśmy własny biuletyn, mieliśmy własną audycję radiową, cykliczne, cotygodniowe artykuły w prasie. To było dosyć obciążające, bo wszystko spoczywało na moich barkach: prowadziłem audycje w radio, pisałem artykuły, wspólnie z żoną redagowałem biuletyn informacyjny. To było, jak wspomniałem, obciążające, ale też widziałem dużą skuteczność tych działań, przychylność mediów. Wówczas najwięcej udało nam się zrobić. Dzisiaj namówić dziennikarza do zajęcia się tematem profilaktyki albo problemem alkoholowym jest bardzo trudno. Właśnie niedawno zwróciłem się do redakcji gazety z prośbą o interwencję – chodziło o ratowanie pewnej osoby, znanej tutaj w lokalnym środowisku alkoholiczym, wobec której były podjęte błędne decyzje. Dopiero rozmowa z redaktor naczelną, którą znaliśmy z poprzedniej współpracy, coś dała. Myślę, że za mało jest zaangażowania mediów, stałych programów, cyklicznych materiałów, które dotyczyłyby profilaktyki, mówiły o uzależnieniach, ale też podawały konkretne przykłady, jak ktoś sobie z problemem poradził albo też nie poradził.
Te negatywne przykłady znamy chociażby z filmu „Arizona” – niektórzy mówią, że to niesprawiedliwy obrazek.
Z moich doświadczeń i obserwacji – a przecież mieszkam właśnie w takiej popegeerowskiej wsi –wynika, że gdzie większa bieda, tam więcej się pije. To jest pewien paradoks, bo wydaje się, że, aby pić, trzeba mieć kasę. To się nie przekłada jednak w ten sposób. Tym ludziom wiele lat temu zabrano nadzieję, ale też ich do zmiany swojego myślenia i funkcjonowania nie przygotowano, nikt ich nie motywował do zmiany. Wcześniej im się wszystko należało. Nie obwiniam tych ludzi, oni byli po prostu przyzwyczajeni, że, jak przeciekał dach, to ktoś się tym zajął, przychodziła ekipa i to robiła. Popełniono ogromny błąd przy przemianach ustrojowych w naszym kraju, kiedy tych ludzi po prostu spisano na straty, pozostawiono samym sobie. To dla mnie przerażające. Wcześniej system przygotował ich do właśnie takiego brania. Do bierności.
Termin „wyuczona bezradność” chyba dobrze oddaje ich położenie.
A oni przekazują ją swoim dzieciom. Okazuje się, że nie tylko biedę można dziedziczyć, ale i taką bezradność i sposób radzenia sobie z problemami poprzez sięganie po używki. Bardzo trudno jest w tych ludziach zmienić sposób myślenia. Prowadząc Dom Pomocy Społecznej mam byłych pracowników PGR-ów i ta postawa, że im się należy, że oczekują, ale nic nie dają od siebie jest nagminna i to się przewija przez całe ich życie.Wróćmy do używek, czy na wsi nastąpiła jakaś zmiana pokoleniowa w tym względzie?
Młodzież pije, młodzież bierze narkotyki i nie ma tu różnicy, czy to jest młodzież ze wsi, czy z dużego miasta. Wszędzie też młodzi ludzie sięgają po inne substancje, wszechobecne są dopalacze. Coraz częściej słyszymy o skutkach używania dopalaczy. Pomagałem niedawno rodzinie po tym, jak młody chłopak po zażyciu dopalaczy powiesił się. Trzeba było pomóc im z poradzeniem sobie z odejściem bliskiej osoby, ale też z poczuciem winy. Taka sytuacja może się zdarzyć wszędzie. Mobilność młodych ludzi, ale też umiejętność posługiwania się różnymi narzędziami i technikami, aby otrzymać to co się chce jest dużo większa niż była kiedyś. Oni potrafią załatwić sobie wszystko, a nawet kwestie finansowe – podejrzewam – nie są tutaj aż tak istotne, nie są większą barierą.
I dodatkowo w tym wszystkim brakuje dojrzałego rodzica.
Kluczem w profilaktyce dzieci i młodzieży są działania z rodzicami. Dzięki pracy z rodzicami możemy uzyskać lepszy efekt, bo przecież to oni są modelem dla tych młodych ludzi. Pamiętam kiedy w ubiegłym roku spotkałem się z rodzicami w jednej z olsztyńskich szkół, a mieliśmy tylko półtorej godziny, i po tym spotkaniu podeszło do mnie kilkanaście osób, a jeden z rodziców powiedział: „Chłopie jakie to szczęście, że przyjechałeś, nareszcie mi łuski z oczu spadły. Ja nigdy w życiu nie pomyślałbym, że wystarczy tylko tyle”. Ja ich jedynie zapytałem o to, czy zrobiliby dla swoich dzieci wszystko. Oczywiście, że tak – odpowiedzieli – przecież kochamy swoje dzieci. Zadałem im następne, nieco brutalne pytanie: „Czy oddalibyście za nich życie?” Znów wszyscy się zgodzili. Więc jeśli tak, to ja was proszę tylko o jedno: nie pijcie. I wytłumaczyłem, dlaczego tak im mówię. Zrelacjonowałem im badania mokotowskie. Powiedziałem, że, jeżeli chcemy być szczęśliwi i mieć wpływ na przyszłość swoich dzieci, to musimy w to zainwestować. Dałem też przykład ze swojego życia, kiedy urodził mi się syn postanowiłem stać się abstynentem. Przypomniałem słowa Krzysztofa Wojcieszka – „jeśli chcesz wychować swoje dziecko i być pewnym, że w wieku 15 lat będzie abstynentem, ty też nim bądź”. Daj przykład, a nie wykład. Zachęcam rodziców, aby nie hołdowali filozofii: „nie rób tego, co ja robię – rób to, co ja mówię”. Taka postawa jest przestrzelona, pełna hipokryzji. Wychowałem syna w trzeźwości bez żadnej gimnastyki. Dałem mu swobodę i nigdy się na nim nie zawiodłem. Oboje z żoną przyjęliśmy taką postawę i nigdy nie było potrzeba rozmów profilaktycznych – dawaliśmy mu po prostu przykład.
Zazwyczaj jednak rodzicie pouczają.
To jest ciekawe, bo kiedy w programach profilaktycznych pytamy młodzież o to, czy ich rodzicie rozmawiają z nimi o problemach uzależnień, oni w 70-80% mówią, że nie. Z kolei, gdy tych samych rodziców, tego samego dnia pytamy o to, aż 80% z nich twierdzi, że podejmuje takie tematy. Często nam rodzicom wydaje się, że, jeśli przed wyjściem naszej pociechy na imprezę powiemy: „No, to uważaj”, to jest to równoznaczne z tym, że przeprowadziliśmy rozmowę profilaktyczną.
Wadliwe są nie tylko rodziny, ale i nauczyciele, wychowawcy. Czy im też brakuje tej wiedzy?
Często prowadzę spotkania dla nauczycieli i jedno jest pewne – oni mają wiedzę, tylko nie potrafią lub nie chcą tej wiedzy wykorzystać. Wiedzy jednak nigdy dość. Im więcej będziemy o tym rozmawiali w gronie pedagogów, wychowawców tym lepiej. Oni sami siebie zaskakują, że wiedzą np. jak wyglądają wczesne sygnały uzależnień, tylko je bagatelizują lub nie chcą zobaczyć. Bardzo często namawiam grono pedagogiczne do tego, żeby nikt z nich nie palił, żeby pokazał młodym ludziom, że poradził sobie z nałogiem, żeby nie prowokował ich do tego i zdawał sobie sprawę z modelowania zachowań. Widzę, że oni chcą być wzorem dla młodych ludzi, ale bardzo często nie są. Brakuje tych wzorców sprzed lat, kiedy to nauczyciel był mistrzem, kimś, kto prowadzi. Poza tym, obecnie z roku na rok przybywa różnych zagrożeń, sama pani wie, że kiedyś tych zagrożeń było mniej i wrażliwość społeczna była inna. Również dostęp do narkotyków, substancji był inny.
Nie baliśmy się też reagować na patologię.
Wrażliwość społeczna była inna, kontrola społeczna była większa. Ja, mieszkając w pobliskim Dąbrównie, mając 16 lat, nie wyobrażałam sobie, że mógłbym wejść do sklepu i kupić alkohol. Jeżeli nie ekspedientka, to ktoś z kolejki zareagowałby, a ja bym stamtąd czerwony wyleciał. Warto pamiętać, że to my dorośli jesteśmy za to rozluźnienie kontroli odpowiedzialni, dlatego ja zawsze w podobnej sytuacji reaguję, zwracam uwagę, czy osoba kupująca alkohol jest dorosła. I co ciekawsze nigdy nie spotkałem się z jakąś agresywną reakcją.
Poza wszystkim kieruje Pan – poprzez stowarzyszenie NOE – zarówno do młodzieży jak i dorosłych programy profilaktyczne.
Niektóre z tych programów, jak chociażby ”Program Domowych Detektywów” jedynie współrealizujemy, gdyż jesteśmy przygotowani do ich wdrażania. Są to programy np. z pracowni „Pro – M” Instytutu Psychiatrii i Neurologii od Krzysztofa Ostaszewskiego. Mamy też dużo programów autorskich, które sami realizujemy. Mówię sami, ale tak naprawdę to dzięki dr Krzysztofowi Wojcieszkowi, jego wspaniałej inwencji powstawały takie programy jak NOE, Debata, Korekta, Szlaban. Następnie program „Odczuwaj, ufaj mów” Barbary i Grzegorza Paziów itp. Naszym zadaniem było, aby je upowszechniać, przygotowywać ludzi i ekipy do ich prowadzenia w całym kraju.
„Odczuwaj, ufaj, mów” brzmi jak zachęta do świadomego życia.
Tak, to program skierowany do dzieci z grupy ryzyka, czyli dzieci żyjących z osobami uzależnionymi, mających uzależnionych rodziców. Program przygotowuje do radzenia sobie w życiu, bo jak wiadomo, te dzieci przyjmują różne życiowe role (bohatera, maskotki itp.). Przy tych rolach obowiązują żelazne zasady: nie mów, co się tutaj dzieje, skrywaj naszą tajemnicę, nie ufaj nikomu, nikogo tu nie przyprowadzaj, nie opowiadaj, nie zaprzyjaźniaj się, nie dziel się z nikim i nie czuj. Dziecko dostaje obciążający przekaz: „Nie będziemy przecież mówić o uczuciach, że ktoś kogoś kocha itp., my mamy poważniejsze rzeczy do zrobienia”. Dzięki programowi chcemy odczarowywać te zasady, które obowiązywały w tych rodzinach. Dajemy jasny przekaz: chcemy, abyście mówili, ufali i czuli.
Dzięki udziałowi w programach mają szansę uwolnić się od tych psychologicznych pułapek.
Programy są zbudowane na najskuteczniejszych strategiach profilaktycznych: przekonaniach normatywnych, wiedzy o konsekwencjach, osobistych postanowieniach oraz kształtowaniu systemu wartości. Ich skuteczność, mimo, że są ewaluowane, będzie w pełni widoczna dopiero za 10-15 lat. Dzięki programowi „Odczuwaj, ufaj, mów” młodzi ludzie w przyszłości mają szansę odczarować te role, w które wchodzą jako dzieci wychowywane w rodzinach alkoholików. Zauważają, że błędne myślenie o sobie spowodowane jest nie przez dziecko wychowywane w danej rodzinie, ale przez pijącego rodzica lub rodziców. Wiedzą też, że jest możliwość przepracowania tego, wyjścia z roli „bohatera”, „kozła ofiarnego” itp. Wiedzą o pułapkach związanych z tymi rolami, np. to, że „bohater” może być w życiu dorosłym świetnym menadżerem, na barkach którego można się przewieźć i inni będą to wykorzystywać. Ich trzeba przygotować do dorosłego życia, przepracowania problemu, zrozumienia mechanizmów obronnych np. kompensacji, które się w tych sytuacjach uruchamiają. Pamiętajmy też, że dzieci alkoholików są czterokrotnie częściej narażone na wystąpienie uzależnienia niż dzieci ze środowisk normalnych.
Jest Pan również dyrektorem DPS dla osób ze schorzeniami psychicznymi. Czy w tej grupie problem uzależnień jest również istotny?
Po dwudziestu paru latach pracy z alkoholikami byłem zmęczony, a jeszcze kilka lat temu miałem taki rok, że odeszło jedenaście bliskich mi osób, którym starałem się pomagać: zachlały, zginęły w wypadku po alkoholu. To był taki przełomowy rok – zdecydowałem się zmienić zawód. Nadarzała mi się okazja poprowadzenia takiego domu. Pomyślałem – „skorzystam z tego, muszę odpocząć”. Okazało się jednak, że w ogóle nie zmieniłem profesji. Znaczna część moich mieszkańców nabawiła się choroby psychicznej, bo wcześniej ostro piła albo brała narkotyki. Mam dwudziestolatków ze schizofrenią pomarihuanową. Młodzi ludzie w ogóle nie zdają sobie sprawy, że marihuana może wywoływać schizofrenię, a ja mam takie osoby. Dostałem – przepraszam, że tak to ujmę – najgorszy sort, ludzi z podwójną diagnozą: z rozpoznaniem choroby psychicznej i uzależnieniem, z którymi terapeutycznie nie jestem w stanie wiele zrobić. Jedyne to dbać o ich abstynencję i podnieść jakość ich życia. Do nas trafiają też takie osoby, wobec których w innych ośrodkach personel był bezradny. Chociażby Alicja, u której co tydzień interweniowała policja, u nas ponad trzy lata jest trzeźwa. Dostała inną jakość życia.
Jak to się dzieje, że w tym ośrodku się udaje, a w innych nie?
Kluczem do naszej pracy jest miłość do ludzi. Ja wiem, że to jest moje miejsce na ziemi, mam też wspaniałych pracowników. Podchodzimy do naszych podopiecznych nie przez pryzmat choroby, traktujemy ich tak, jakbyśmy chcieli, aby nas traktowano.
Dziękuję za rozmowę.