Tworzenie przyjaznej przestrzeni

Agnieszka Skrzypczak, członkini zarządu Fundacji Zmian Społecznych „Kreatywni” w Gdyni opowiada o sąsiedztwie Fundacji oraz jej podopiecznych. Rozmawiał Dawid Zmuda.

Osiedle z lat sześćdziesiątych. Ściany na tyle cienkie, by nie dać komfortu zamknięcia się we własnych dźwiękach. Na tyle nieprzeźroczyste jednak, by zasłaniać przed niepowołanymi oczami to, co przynosi brak pracy i nadziei. Są takie miejsca tu, w Trójmieście, które kiedyś wybuchły solidarnością i zmianami, żeby potem zastygnąć.
Kilka ulic stąd – port i stocznie, jeszcze dalej – zmieniające się miasto. Tu ciszej i na pierwszy rzut oka – szarawo, choć to pewnie przez tę porę roku. Hale, zajezdnia trolejbusowa, niezbyt komfortowe ulice. Nie wiem, czy znalazły swoich poetów. Kiedyś Słonimski kończył swoje felietony znanym mżGsr – mimo, że Gdynia się rozbudowuje. Nie jestem pewien, czy myślałby o tym zakątku miasta, gdyby pisałb dziś.
No dobrze, może to ta pora roku tak mało korzystnie nastraja do opisu okolicy, w której wysiada się z samochodu po dniu na gdańskiej Starówce. Ale takie kawałki dzielnic są znane, śpiewają o nich lokalni hiphopowcy, albo co gorsza nikt o nich nie śpiewa, bo każdy woli odtworzyć sobie jakąś mp3 z trochę innego świata.
Kreatywni działają nie tylko w tym miejscu, ale tu akurat zaproponowali spotkanie, w niskich pawilonach, gdzie kiedyś była między innymi apteka, dzięki której zresztą centrum aktywności lokalnej działające tu od jakiegoś czasu zapożyczyło potoczną nazwę. Prowadzone jest przez Kreatywnych w ramach realizacji zadań miasta, z całym bagażem administrowania i innymi wątpliwymi radościami biurokracji, jakie towarzyszą takiej pracy. Ale do tego – jak inne organizacje – musieli przywyknąć. Najważniejsze jest to, że tu właśnie zaczęli pojawiać się ludzie z okolicy.
Nie było marzeń
Niektórzy przychodzą po pomoc w wypełnieniu jakiegoś urzędowego formularza, inni po poradę do kogo się zwrócić i co robić, kiedy pobiją im dziecko. Trzy lata temu jeszcze narkotyki czy alkohol były tematami tabu, teraz powoli wychodzą na światło dzienne podczas spotkań tutaj, w dwóch niepozornych budynkach na gdyńskiej Chylonii. Co musiało się stać, żeby tu, gdzie na niewielu metrach byłych mieszkań robotniczych żyją czasami dwa pokolenia rodzin, gdzie wielu rodzinom sporo brakuje do pierwszego – nawiązać relacje między mieszkańcami?
Na początku Kreatywni wyszli do ludzi. To jest tak: zaczyna się na przykład od spotkań z dzieciakami, choćby w ramach street fun, czyli poznawania ich na podwórkach dzielnicy. Tak, to trochę dziwne, kiedy człowiek siedzi sobie na ławce i podchodzi obca dziewczyna, która ni z tego, ni z owego zaczyna rozmowę. Bo czego się spodziewać? Pouczeń? Chwilowego zainteresowania? Odfajkowania kolejnego klienta?
Właściwie na początku niewiele się wydarza, kilka zamienionych zdań. Ale ci, którzy wychodzą do mieszkańców zyskują rozpoznawalność, a z czasem i pewną przychylność. Zaczyna działać poczta pantoflowa, bo tu dziecko zaczęło chodzić na jakieś zajęcia popołudniowe, a tu zamiast przesiadywać na murkach korzysta z pomocy w nauce. Wreszcie ktoś przekazuję TĘ wiadomość: chodź, warto przyjść i zostać u Kreatywnych.
Po jakimś czasie zaczynają się otwierać. Mówią o sobie, o innych, mówią o problemach, a czasami o szczęściu. O wygranej w totolotka choćby, bo można to i tamto kupić. Naiwne marzenia?
Agnieszka: Kiedy zaczęłam tu pracować, dzieci nie miały marzeń. Bo po co? Przecież i tak będzie tak, jak było, będę żyć tak, jak moi rodzice. Może będę bezdomny, ktoś z nich powiedział.
Teraz zaczynają marzyć, również dlatego, że jest miejsce w którym można na serio za coś się zabrać, choćby to były niewielkie sprawy. Można odkryć swoje aspiracje, bo skoro nikt do tego miejsca nie ciągnie, a zaprasza, to można bez większego strachu zaryzykować naukę tego czy owego. Nie uda się? Najwyżej nie będzie drugiego razu, to i wstydu nie będzie. Uda się? No, to będą nie tylko kolejne odwiedziny, ale może coś więcej do zajęcia czasu.
Tak, przychodzą, bo jest tu kawiarenka, bo są ludzie, którzy trochę wiedzą i mogą w tym czy tamtym pomóc. Jest komputer, przy którym można posiedzieć i pouczyć się. Nie tylko młodzi zresztą. Ale tak naprawdę to wszystko jest pretekstem do spotkania, bo bardziej niż komputera czy innych pomocy, ludzie potrzebują rozmowy i tu ją również znajdują.
Uczestnictwo
Nie ma być może wcale łatwych miejsc do życia, choć są takie, gdzie zaszłości niedalekiej historii, spory trochę wymuszone przez sytuację z pracą, wymagają rzeczywiście dużej pracy. Nie tylko przez to, jak mocno zawikłane są sprawy społeczności, ale przez to, jak głęboko niemoc i konflikty lokalne wpłynęły na niską samoocenę konkretnych ludzi, jak mocno ich naznaczyły jako tych gorszych w ich własnych lustrach. Dlatego aby zmienić cokolwiek, trzeba pracować na różnych planach.
Ludzie tak naprawdę zaczynają zmieniać się między sobą. To nie są wielkie wydarzenia, jakieś przełomowe przemiany widziane z kosmosu. O, inaczej do siebie mówią. Komuś po prostu zaczyna przeszkadzać nieprzyjazny język, jakim inni się porozumiewają. Zaczyna drażnić obgadywanie innych za plecami, nawet tu w kuchni w czasie robienia kawy, na spotkaniach sąsiedzkich w Aptece.
Agnieszka: To jest tak, że ludzie zaczynają korzystać z tej wiedzy, którą staramy się im przekazywać na wyjazdach czy szkoleniach. Nie tworzymy wokół ich spraw wielkich teorii, nie mówimy „teraz porozmawiamy o konflikcie”, staramy się wspólnie porozmawiać o tym, co się dzieje. Nazywać rzeczy prostym, zwykłym językiem.
Same rozmowy to jednak tylko wstęp do tego, co namacalnie się wydarza. Mówi się, że zmiana wymaga pracy, a skoro pracy, to i zmęczenia. Czasami może ono uratować przed wpadnięciem w picie czy narkotyki. Bo co robić, jeśli niewiele jest do robienia, bo albo nie ma pracy, albo zajęć, albo nie ma co ze sobą począć na emeryturze? Życie męczy, a kiedy pozwolić mu na to, podsuwa czasami coś na znieczulenie.
Można się dać zmęczyć proszkom czy butelce. A można też dać się zmęczyć pracą nad wspólną przestrzenią. Ile trzeba, żeby stworzyć niewielki ogród sąsiedzki czy kawałek kwietnika? Trzeba wspólnego czasu. Kreatywni pomagają czasami finansowo, bo to czy tamto trzeba kupić, ale przede wszystkim – zakasać rękawy. Trzeba się trochę zmęczyć. A to tylko początek łapania, a może raczej tworzenia czasu przyszłego, bo przecież te rośliny nie od razu rosną. A skoro już zainwestowało się czas, to i można czekać na to, co się wydarzy?
A wydarza się więcej, niż ciche zakwitanie kwiatów na klombie, nauka języków czy wyjazdy. Wokół tych wspólnych, niewielkich projektów wyrastają relacje, które wcześniej najzwyczajniej nie miały szczęścia do zaistnienia. Pojawiają się rozmowy, te przelotne i te, do których się wraca, wypełniając czas nie tylko wypowiedzianymi już zdaniami, ale przede wszystkim tymi, które dopiero mogą zostać wymienione. Czekać na kolejną rozmowę, kawę, gimnastykę czy popołudnie z fotografią – to jest dużo.
Oczywiście, to nie tak, że wchodząc do Apteki od razu udaje się działać. Najczęściej pierwszy okres to przerabianie roli biorcy: można skorzystać z oferty nauki języków, można pospacerować w ramach grupy nordic walking. Ale już samo to, że czas dotąd często niewykorzystywany zaczyna angażować, stopniowo pomaga przechodzić w rolę tej i tego, którzy działają – prowadzą kawiarenkę sąsiedzką czy angażują się w wolontariat.
Agnieszka: wymiernym przykładem jest choćby bank żywności, który prowadzimy; tam osoby, które na początku tylko z niego korzystają, z czasem stają się wolontariuszami.
Widać czasami trzeba naładować się biorąc to, co sprzyja, by zmienić się dzięki temu, co angażuje. I tak z czasem aktywują się kolejne obszary w ludziach, którzy poddali się bierności.
Kreatywni
Fundację tworzą ludzie związani z animacją, profilaktyką uzależnień – od kilkunastu lat działający w sektorze pozarządowym. Dziś są grupą osób o różnych kompetencjach i umiejętnościach, ale wspólnie dążą do pozytywnych zmian w ludziach i ich przestrzeniach.
Ale skoncentrowani są na teraźniejszości. Działają – jak większość podobnych organizacji – na wiele sposobów. Tworzą przestrzenie do zmian, dzięki którym – poza innymi efektami – zmniejszają się także czynniki ryzyka uzależnień. Wchodzą na podwórka, których nie są gospodarzami, a jednak w ten czy inny sposób zaczynają je współtworzyć, choć nie zawsze dzieje się to wprost. Raczej inspirują niż wyręczają. Są i nie są stąd.
Agnieszka: W jakimś sensie tworzymy tu sąsiedzkie relacje – jesteśmy tu przecież codziennie, sporo wiemy, więc ciężko byłoby udawać, że jesteśmy tylko oficjalną instytucją. Nie siedzimy zamknięci w Aptece i choć to nasza praca, to cieszymy się przecież na widok ludzi, których znamy. Są takie sytuacje, że ktoś zaproponuje przejście na ty, co jest sygnałem zaufania, jakiejś zażyłości. Ale są też granice, które musimy wytyczać bo pracujemy czasami z osobami, które tych granic nie znają. Tak, to jest nasza praca, nie spotykamy się prywatnie z ludźmi dla których pracujemy. Ale też nie mówię o tych budynkach „placówka” czy „instytucja”. To jest MIEJSCE po prostu, a kiedy wychodzę z domu mówię, że jadę do Apteki.
Miejsce. Rzeczywiście dość specyficzna praca, w której bycie twórczym oznacza – jak często w sztuce – bycie autentycznym. Nie da się zarazić innych zaangażowaniem, jeśli samemu nie jest się do tego przekonanym. Wspomniany bank żywności stał się okazją do uruchomienia wolontariatu pracowniczego, który w Polsce na dobrą sprawę dopiero zaczyna się rozwijać.
Z jednej strony biorą w nim udział ci ze współpracowników fundacji, którzy chcą i mogą poświęcić swój prywatny czas na działanie banku. To pokazuje innym, że działanie nie jest jakąś formą narzuconej metody pracy z innymi, tylko czymś co można w każdych warunkach, niezależnie od miejsca w społeczności wykonywać. Pokazuje jednocześnie, jak realna jest własna wola i przekonanie, rozumienie własnego czasu i możliwości, bo przecież nie wszyscy biorą udział w tym wolontariacie. Ważna jest codzienna wolność podejmowania skutecznych decyzji.
Agnieszka: Ktoś ostatnio podał mi tekst Walkiewicza: „Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć”. Jeśli w ogóle myślimy o tym, aby angażować innych musimy sami być przekonanymi do tego, że to zaangażowanie jest dobre. Bez wypływającego z nas przekonania niewiele można by tu tworzyć.
Wychodząc z Apteki zerknąłem jeszcze na szyld „Kreatywni”. Przeglądając program fundacji i rozmawiając tam, na gdyńskiej Chylonii nie sposób się oprzeć wrażeniu, że nazwa fundacji nie jest przypadkowa. To rzeczywiście miejsce twórczości, a ta czasami ujawnia swoje zalety i głębsze walory nie wprost. Nie ma tu przecież nachalnej profilaktyki opartej na roztaczaniu ponurych wizji świata uzależnionego od hazardu, narkotyków czy alkoholu. Są rozmowy i o tym, są pogadanki i spotkania, rozmowy z rodzicami i młodzieżą. Ale tym, co tworzy realność tego miejsca to uczestnictwo, ta nowa na Wisłą nauka współprzebywania i budowania przestrzeni dla działających relacji.
Warto dać sobie stworzyć szansę!

Z Agnieszką Skrzypczak, członkinią Zarządu Fundacji Zmian Społecznych Kreatywni,
rozmawiał Dawid Zmuda