Szansa dla Gliwic

Prezentacja Stowarzyszenia Promocji Zdrowia i Trzeźwego Stylu Życia „Szansa” oraz sylwetki prowadzącego je Krzysztofa Czekaja.

Gliwickie Stowarzyszenie „Szansa” powstało ponad dwadzieścia lat temu, głównie po to, by realizować działania postrehabilitacyjne dla ludzi opuszczających ośrodki dla uzależnionych.
Krzysztof Czekaj, prowadzący „Szansę”, w czasie studiów sam zmagał się z narkotykami, a po wyjściu z leczenia w Głoskowie otrzymał propozycję pracy w gliwickim ośrodku uzależnień.
Mało kto miał wtedy pojęcie, jak takie miejsce powinno działać, ale on nie tylko miał za sobą doświadczenie uzależnienia, lecz także coraz większą pasję w uczeniu się i pogłębianiu praktycznej wiedzy o profilaktyce i wychodzeniu z uzależnień. Z czasem zbudował działające lokalnie programy antyuzależnieniowe oraz dobrał zgrany zespół stowarzyszenia.
Jestem może w czepku urodzony – mówi – Myślę, że wypracowaliśmy przez lata taki sposób zarządzania i komunikacji, że ja właściwie niewiele muszę tu kierować.

To prawda, mimo naturalnych zmian zespołu, ograniczonej do minimum administracji i zmiennej koniunktury, stowarzyszenie nie tylko sprawnie prowadzi projekty, ale i przepracowuje sytuacje mogące powodować napięcia wewnątrz ekipy.
W ciągu ostatnich lat zdarzyła się sytuacja kryzysowa, kiedy powstał pomysł wprowadzenia elektronicznego systemu dokumentacji, choć miał zacząć obowiązywać dopiero za kilka lat. Pojawił się opór – bo dlaczego wychodzić przed szereg, zmieniać coś, co działało od lat?
Nie chodziło jednak o zmianę dla zmiany. Z czasem okazało się bowiem, że dobre praktyki, zdobywanie certyfikatów i kolejnych kompetencji może przekładać się na lepsze punktowanie stowarzyszenia, a co za tym idzie dofinansowywanie przez Narodowy Fundusz Zdrowia (choć wciąż tylko zapowiadane).
Poza tym jednak efekty zmian bywają po prostu korzystne i wygodne – dziś nikt nie wyobraża sobie powrotu do ręcznie przygotowywanych raportów.

Budowanie instytucji nie jest prostą pracą. Skąd po tylu latach działalności wciąż energia, by działać? Kiedyś Kieślowski, zapytany o to, dlaczego kręci filmy, odpowiedział: nic innego nie potrafię. I to jest znakomita odpowiedź – śmieje się szef „Szansy”. To w dużej części na przestrzeni trzydziestu lat pracy pomaga mi przetrwać kryzysy, a na co dzień daje satysfakcję z tego, co się robi w tym mieście, nieco z boku śląskiej aglomeracji.

Gliwice jak cały kraj

Śląsk bywał kojarzony z narkotykami, zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych, kiedy stały się łatwo dostępne, a młodzież odkrywała na nowo kulturę „dzieci kwiatów”. Być może jednak to tylko wrażenie, gdyż, jak mówi Krzysztof Czekaj: nie dostrzegałem żadnej specyfiki, czegoś charakterystycznego dla Gliwic – jeśli chodzi o kontekst prowadzenia profilaktyki uzależnień. Nasze programy zawsze realizowaliśmy w całym województwie, a także poza Śląskiem. W całym kraju przez te lata zmieniła się scena narkotykowa, przede wszystkim nastąpiła inwazja środków syntetycznych. Były wprowadzane na rynek z tą ideologią „bezpiecznych”, wygodnych, bo przyjmowanych doustnie, zamiast iniekcyjnie. Zniknęła natomiast z tego regionu heroina, zresztą w sposób dość niewyjaśniony, bo w innych województwach nadal jest popularna wśród tych, którzy przyjmują środki psychoaktywne. Nie oznacza to oczywiście, że zniknęły uzależnienia i potrzeba profilaktyki.

Fasolki Noego

W Gliwicach, jak w wielu innych miejscach, nie ma długofalowych projektów profilaktycznych, które byłyby realizowane w kooperacji z innymi organizacjami. Schemat jest prosty: miasto ogłasza konkurs, do którego zgłasza się kilka ośrodków i w taki sposób zdobywa się zlecenie na ich prowadzenie. Krzysztof Czekaj sam o sobie mówi, że jest weteranem prowadzenia takich programów. Kiedyś obliczył, że ponad osiemset razy wchodził do szkół z tym samym projektem. Trochę jak aktor, z tą różnicą, że po spektaklu ludzie wychodzą zwyczajnie na kolację, a po spotkaniu profilaktycznym młodzież idzie w życie.
Realizowany przez „Szansę” od lat program profilaktyczny „Noe”, jeden z najstarszych w Polsce został stworzony przez Krzysztofa Wojcieszka i jest realizowany w szkołach. Kierowany jest do młodzieży szkolnej, a według szefa „Szansy” najskuteczniej realizuje się go z młodzieżą ostatnich klas gimnazjum.
Program zresztą jest dobrze znany. Można z niego wyprowadzać pomysły do innych działań profilaktycznych, a poza tym daje do myślenia. Uczniowie – którzy nie deklarują abstynencji – losują w jego trakcie ziarna fasoli i wychodzą z nimi na scenę, aby wytłumaczyć, dlaczego tam się znaleźli. Dochodzi wtedy czasami do przytomnych odkryć i pogłębienia refleksji: „jestem na scenie, bo wylosowałem fasolkę… gdybym jednak nie deklarował, że sięgam po alkohol – w ogóle nie musiałbym losować”… etc. Na poziomie racjonalnym uczniowie mają szansę, aby przemyśleć zagrożenia i ryzyka jakie stwarza sięganie po używki.
Jeśli do tego dołączyć element emocjonalny, jakim z pewnością jest psychodrama i opowiadania osób, które wyszły z uzależnień, wpływ na młodych odbiorców „Noego” rośnie. Szef „Szansy” przestrzega jednak przed nieprzemyślanymi świadectwami: dla specjalistów od profilaktyki dużym błędem jest – pokutujące niestety wciąż gdzieniegdzie – zapraszanie tak zwanych „ozdrowieńców”. Kiedy pod szkołę dobrym samochodem podjeżdża dobrze ubrany, modny młody facet, taki upadły anioł, to przekaz niewerbalny jest oczywisty: branie narkotyków jest przygodą, dobrze się kończy, nie skazuje na bezdomność i tak dalej. Dlatego tak ważny jest kontekst, w jakim umieszcza się świadectwo.
Zdarzają się sytuacje, kiedy ktoś w trakcie spotkania wychodzi z sali, bo to, o czym jest mowa jest dla niej czy niego kawałkiem codziennego życia w domu. Dlatego tak ważna jest ciągła uwaga, skupienie i umiejętność szybkiego reagowania na to, jak kolejne części spotkania oddziałują na uczniów. Cztery osoby z „Szansy”, które realizują program Noe w szkołach – nauczyły się tego i przekazują innym. Również to, jak ważny jest przekaz pozytywny, pozwalający młodzieży uświadomić sobie skutki wyborów, jakie podejmują przy okazji spotkań z rówieśnikami czy eksperymentowania z różnymi środkami psychoaktywnymi i nie tylko.
Czy to rzeczywiście dla większości uczniów skuteczna lekcja profilaktyki? W odpowiedzi na to pytanie na pewno pomogłaby ewaluacja programu na poziomie lokalnym. Tyle że jest praktycznie niemożliwa, głównie z powodów finansowych. Koszty sprawdzania skuteczności są niemal równe tym, które wiążą się z samą realizacją programu.
Jednak na przestrzeni lat, w których „Szansa” realizuje projekty profilaktyczne, daje się zauważyć wśród młodzieży wzrost świadomości związku między – na przykład – okazyjnym nadużywaniem alkoholu, a ryzykiem uzależnienia się. Kolejne spotkania z uczniami w szkołach i rozmowy z osobami przychodzącymi do ośrodka zdają się potwierdzać, że nawet stosunkowo niewielkie, ale stałe działania, mogą przynosić efekty.

Trudni rodzice
O ile obecnie docieranie do młodzieży jest ułatwione przez szkoły, o tyle wciąż bardzo źle funkcjonuje profilaktyka środowiskowa, głównie ta, która kierowana do rodziców. Mimo zaproszeń na spotkania, które wysyła się czasem do niemal dwustu osób – na sali pojawia się tylko nauczyciel i dwoje rodziców. To sytuacja, która zresztą znana jest z literatury fachowej i nie jest specyficzna ani dla Gliwic, ani dla Polski.
– Czasami biorę – niechętnie – udział w wywiadówkach, na które jestem zapraszany przez nauczycieli, mówi Krzysztof Czekaj. To jest sytuacja, kiedy łapie się rodziców w pułapkę. Za chwilę przyjdzie jakiś „pan mądry”, który będzie coś gadał. W takim czymś po prostu rodzice nie chcą uczestniczyć.
Rodzice z różnych powodów odsuwają od siebie temat uzależnienia dzieci, a zwłaszcza próby aktywnego włączania się w profilaktykę. Częściowo ze względu na strach przed uświadomieniem sobie porażki wychowawczej, z braku czasu, a także z potrzeby utrzymania dobrego wizerunku swojego dziecka.
Dlatego również tu, w Gliwicach, próby włączenia bliskich do działań profilaktycznych nadal pozostają sprawą do zrealizowania.

Pławniowice
Historie ośrodków dla uzależnionych, zwłaszcza tych powstających pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych, to jednocześnie historia zmiany nastawienia społeczeństwa do osób uzależnionych i ich leczenia. Pozbywanie się ośrodków Monaru pojawiało się wielokrotnie jako mocny news w mediach, ale jednocześnie te właśnie przekazy wprowadzały do świadomości społecznej temat zorganizowanej terapii i profilaktyki uzależnień.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych niedaleko Gliwic, nad jeziorem, w opuszczonym budynku lokalnego nadleśnictwa, powstał ośrodek terapeutyczny dla osób uzależnionych od narkotyków. Decyzję o jego powstaniu podjęto na szczeblu wojewódzkim, natomiast stworzenie koncepcji działania i organizację ośrodka powierzono Krzysztofowi Czekajowi i Stowarzyszeniu „Szansa”.
Poza głównym programem wychodzenia z uzależnień i częściowo działaniami profilaktycznymi, to tam właśnie otwarto jeden z ciekawszych programów: mieszkania postrehabilitacyjne. Są one szansą dla tych, którzy zakończyli terapie odwykowe, by zacząć się usamodzielniać i wziąć odpowiedzialność za samych siebie.
Ci, którzy z tej oferty korzystają, mogą przez jakiś czas mieszkać, płacąc rachunki i czynsz, ale bez kosztów wynajmu. W tym programie nie chodzi jedynie o zapewnienie dachu nad głową, raczej o umożliwienie konfrontacji z rzeczywistością w warunkach kontrolowanych, bez często nieprzemyślanej, zbyt łatwej pomocy ze strony rodzin czy znajomych. Bywa, że taka pomoc polegająca na „podtykaniu wszystkiego pod nos”, bardziej szkodzi niż pomaga, sprawia, że ludzie zamiast się aktywizować, stają się bierni i zależni. Tak, w jakimś sensie te mieszkania, są formą „profilaktyki nawrotu”. Są szansą na ponowny start bez uzależnienia. Również bez uzależnienia od nadopiekuńczych rodziców.

Pesymizm otwarty
Kiedy rozmawialiśmy o efektach działań profilaktycznych, usłyszałem:
– Wie pan, ja chyba nie jestem najlepszym rozmówcą, bo właściwie jestem bardzo pesymistycznie nastawiony, jeśli chodzi o profilaktykę. Czasami zastanawiam się, czy rzeczywiście to istnieje, dla kogo to jest ważne. Przecież tych działań, na dobrą sprawę się nie bada. Jestem ciekawy, czy dla kogoś, kto pięć lat temu brał udział w programie „Noe”, miało to jakiekolwiek znaczenie?
Trochę się strapiłem. Zapytałem, czy może jednak te różne akcje, programy, również obecność różnych organizacji w mediach, ciągła edukacja w szkołach – czy to jakoś nie wpłynęło w ciągu ostatnich trzydziestu lat na świadomość uzależnień?
– A wie Pan, jak na to tak spojrzeć… Kiedy otwieraliśmy ośrodek w Pławniowicach, reakcje ludzi były różne. Kiedy nasi podopieczni poszli w Wielkanoc święcić potrawy, stanęli w kościele, a wtedy wszyscy ludzie przeszli na drugą stronę. Pomogli nam wtedy księża – specyficzni zresztą, bo jeden filozof, drugi poeta – którzy na jednym z kazań pytali z ambony, dlaczego parafianie boją się osób uzależnionych od narkotyków, skoro w wiosce pod płotami leżą ich bliscy, uzależnieni tak samo, tyle że od alkoholu.
Z czasem stosunek do nas zaczął się zmieniać. Nikt przecież nikogo nie okradł, nie zarażał, ludzie w końcu oswoili się z nami. W tej chwili zdarza nam się przyjmować nawet darowizny od tych sąsiadów. Być może rzeczywiście nie jest aż tak źle.

Materiał przygotowany m.in. dzięki rozmowie z Krzysztofem Czekajem, prezesem gliwickiego Stowarzyszenia „Szansa”.