Profilaktyka w kontekście socjologii architektury – cz. II

Artykuł jest drugą częścią cyklu poświęconego problematyce profilaktyki w kontekście architektury. W pierwszym odcinku zaproponowałam ramy i uzasadnienie proponowanej refleksji. Teraz zajmę się istotnym aspektem badanego pogranicza profilaktyki i architektury – kwestią miejsc i nie-miejsc.

Ludzie zatem nadal żyją w miejscach zauważa z pewnym zdziwieniem Manuel Castells1), badacz miast, globalnych przepływów i sieci. Przy czym chodzi mu o pewne szczególne rozumienie rzeczownika „miejsce” jako obszaru oswojonego, bliskiego i znanego, nacechowanego tożsamościowo, w jakiś sposób swojskiego. Tak odbierane miejsca nie muszą być ani szczególnie ładne, ani przyjazne – grunt, że są nasze, a więc mają pewien walor wspólnotowy, a nawet jeśli nie mają, to potencjalnie mogą mieć.

Ludzie i ich miejsca

Castells, w latach 60. młody, hiszpański uchodźca polityczny we Francji, zatrzymał się w paryskiej dzielnicy Belleville, którą później oglądał już okiem socjologa. Jak pisze, cechy charakterystyczne miejsc naznaczają życie ich mieszkańców, tak że rzeczywiście mamy do czynienia z dobrymi i złymi miejscami w zależności od wartościującego sądu określającego, czym jest dobre życie. W Belleville jego mieszkańcy, nie kochając się nawzajem i mimo że z pewnością nie byli kochani przez policję, stworzyli z biegiem historii znaczącą, wchodzącą w interakcje przestrzeń o rozmaitości użytków i szerokim zakresie funkcji i ekspresji. Aktywnie wchodzą oni w interakcje ze swym codziennym środowiskiem fizycznym. Pośrodku drogi między domem a światem znajduje się miejsce zwane Belleville2).
Środowisko mieszkalne, jakie tworzy Belleville (a także Szmulki, Zatorze, Giszowiec, Orunia…) poprzez kształt swojej zabudowy, osoby obecnych i byłych lokatorów oraz kontekst symboliczny, stanowi dla mieszkańców ich świat przeżywany (Lebenswelt) – jeśli nie jedyny, to na pewno najważniejszy konglomerat społeczno-przestrzenny. Ten fenomen proponuję w kontekście profilaktyki analizować dwojako – w kontekście miejsc i nie-miejsc. Zajmę się tą problematyką po kolei.

Złe adresy

Architekturą, a właściwie raczej miastem w jego rozumieniu ekologicznym3) interesuje się polityka społeczna przede wszystkim – a może wręcz wyłącznie – pod kątem zamieszkiwania.
Badacze i animatorzy życia społecznego koncentrują uwagę na terytoriach problemowych, dzielnicach czy kwartałach mieszkalnych zasiedlonych przez ludzi niezamożnych, przejawiających tendencje do zachowań patologicznych i do dziedziczenia niskiej pozycji społecznej wraz z całym towarzyszącym jej syndromem ubóstwa, tzw. podklasę (underclass). Mówi się wówczas o gettach, slumsach, favelas, townships czy banlieues, które są przestrzeniami komunikacyjnie i społecznie odizolowanymi od reszty miasta, podlegającymi postępującej degradacji fizycznej i społecznej4). Nacisk analityczny kładziony jest na praktyki społeczne związane z mieszkaniem, sąsiadowaniem itd., na brak dostępu do atrakcyjniejszych obszarów i ich ofert, na izolację przestrzenną wiodącą do segregacji społecznej, marginalizacji i społecznego napiętnowania mieszkańców złych dzielnic.
Hartmut Häussermann zwraca uwagę na błędne koło niedobrego adresu: Złe warunki mieszkaniowe, niewystarczająca infrastruktura, negatywne etykietki dla dzielnicy jako „zły adres”, brak pozytywnych tj. wspomagających integrację wzorów dla małoletnich, brak przestrzennego dostosowania (space mismatch) między lokalizacją getta a lokalizacją dostępnych dla jego mieszkańców miejsc pracy w przemyśle, niestabilność sieci społecznych i powszechność przemocy oddziałują między sobą i wzmacniają się5). W tym sposobie patrzenia na dzielnicę dominują elementy symboliczne (zły adres, negatywne etykietowanie, brak emisji pozytywnych wzorów) i utrudnienia przestrzenne (daleko, trudno się wydostać), zaś sama zabudowa pojawia się tylko w kontekście jej niedostatecznego stanu technicznego.

Gdy tak postrzegamy zagadnienie, automatycznie nasuwającym się rozwiązaniem problemu z architekturą staje się po prostu modernizacja budynków. Nie kwestionując zasadności takiej inwestycji (choć czasem modernizacja przeradza się w rewitalizację, ta zaś sprawia, że odnowione miejsce staje się dla starych mieszkańców obce, niepasujące do nich i… za drogie), warto jednak przyjrzeć się uważniej i innym aspektom architektury złych adresów.
Wracając do pojęcia ofert sensu, które wprowadziłam w poprzednim odcinku, można zapytać, jakie elementy architektury zachęcają mieszkańców lub zniechęcają do jakich zachowań. I tak np. szerokie, nisko umieszczone parapety na klatkach schodowych zachęcają do tego, by wypić tam piwo czy wódkę i ewentualnie coś do tego przekąsić; nieoświetlone bramy, zakamarki podwórek i otwarte klatki schodowe zapraszają do załatwienia potrzeb fizjologicznych, dostępne strychy czy piwnice, a nawet schody i korytarze to dogodne przechowalnie dla dzieci ulicy.
Zgodnie z prawem entropii to, co już podniszczone, domaga się wręcz kolejnych ataków (jak np. rozbita szyba na przystanku zachęca, by podpalić tam śmietnik itd.). Jak pisze Krzysztof Olechnicki, nieład przyciąga nieład, porządek przyciąga i wymaga porządku6). Jednak w różnych projektach modernizacyjnych czy konserwatorskich zapomina się często o kontekście społecznym, a więc o kluczowym pytaniu, czy ten nowy porządek jest nasz, czy ich.
Porządek odbierany przez mieszkańców jako narzucony, zaprowadzony odgórnie (założony przez administratora domofon, wkręcone przez niego żarówki, zaaranżowany przez władze dzielnicy skwerek adresowany do nikogo itd.) prowokuje nie tylko do nieposzanowania, ale wręcz do obalenia jako przejaw nieuprawnionej aneksji przestrzeni. Interpretowanie tych zachowań w klimacie „odrzuconego daru” czy „niewdzięczności” (my tyle dla nich robimy, a oni tego nie doceniają!) jest nieporozumieniem zasłaniającym właściwy sens działań. Tam, gdzie mamy do czynienia z miejscem w rozumieniu, które proponowałam na wstępie, „naszość” jest kategorią podstawową. Jeśli paradygmat naszości stoi w jawnej sprzeczności z lokalną polityką decydentów (społeczną, urbanistyczną, inwestycyjną itd.), zaczyna się walka o przestrzeń.
Dlatego bardziej obiecującym działaniem zdaje się być wzmacnianie oddolnych aktywności mieszkańców i sąsiadów zmierzających do wykreowania przestrzeni podsuwających nowe oferty sensu. Za przykład niech posłuży opowieść pewnej wrocławskiej twórczyni przyblokowego ogródka:

Są też ludzie, którym to [zaaranżowanie ogródka] zmieniło myślenie – na przykład pijacy. Przychodzą i odzywają się. Mówią: „Jak tu pięknie jest, ale tu panie włożyły pracy”. I my mówimy: „Proszę nie śmiecić, bo czasem puszka czy niedopałki”. A oni: „Tak, tak, my nie będziemy”. I wyrzucają do śmieci. (…) Mamy takiego tu kloszarda, który codziennie rano przychodzi, otwiera sobie piwko, siada zawsze na tej samej ławce, siedzi pół godziny i obserwuje. Potem odchodzi, zostawia porządek po sobie. Bo tu jest przyjemnie. Przychodzi tu też kolejny kloszard i sobie odpoczywa, bo jak zrobi już swoje rejony, siada i jest mu tu przyjemnie. Ale nie śmiecą7).

Integracja – ale jaka?

Jak sugeruje powyższa opowieść, szczególnie wnikliwie warto przyjrzeć się ukształtowaniu zabudowy i małej architektury pod kątem tego, czy da się tam – w przestrzeni pozamieszkaniowej – zatrzymać, usiąść na czymś, spędzić czas, czy tylko tamtędy przejść. Innymi słowy, interesuje nas integracyjny walor elementów zabudowy. Ma on bowiem dwojakie oddziaływanie: może prowokować zachowania społecznie pożądane (spokojny odpoczynek, rozmowa z sąsiadką) oraz patologiczne (zbieranie się pijaków, narkomanów itd.).
Miejsce systematycznie użytkowane w jakiś sposób nabiera charakteru od tego użytkowania i symbolicznie wchodzi w krąg związanych z nim znaczeń, np. na strych zaanektowany przez dzieci ulicy nie chodzi się wieszać prania itd. Poprzez „wgranie” w przestrzeń jej typowego użytkowania i użytkownika tworzy się niewerbalny, ale odczuwalny komunikat społeczny: to miejsce jest / nie jest dla ciebie. Komunikat ten emitowany jest nie tylko poprzez widoczne ślady pozostawione przez użytkowników (jak graffiti, potłuczone butelki, niedopałki itd.), ale także przez kody samej zabudowy. Potencjalnymi czynnikami ryzyka mogą być tutaj stan techniczny i uroda miejsca (a raczej poziom wypielęgnowania, bez względu na gust, bądź zapuszczenia), ale także użyte materiały, wiek, kolorystyka, oświetlenie lub jego brak, zapachy i dźwięki.
Ten ostatni czynnik może się wydawać dziwny, ale pamiętam opowieść o kierownictwie supermarketu, które chcąc bezkonfliktowo pozbyć się blokersów przesiadujących grupowo przed wejściem i zniechęcających klientów do zakupów, zaczęło puszczać z głośników muzykę poważną… Zadziałało bezbłędnie. Muszę jednak przypomnieć, iż zgodnie z proponowaną tutaj linią myślenia negatywne oddziaływanie nie jest immanentną cechą samej architektury, a raczej powstaje jako funkcja zabudowy, sposobów jej użytkowania i osób użytkowników. Tak więc wymienione czynniki ryzyka są tylko pewnymi punktami wyjścia, które mogą w niesprzyjających okolicznościach rozwinąć w sobie i swoich użytkownikach negatywny potencjał.

Okolice niedoglądane

Nie mniej istotną kwestią wydają się tereny niczyje, swoiste miejskie nieużytki, których mnóstwo jest w biedniejszych dzielnicach polskich miast. Np. na warszawskim Kamionku pełno jest pustych przestrzeni (po zburzonych kamienicach, a może nigdy nie wybudowanych?), porośniętych rachityczną trawką, zazwyczaj mniej lub bardziej zaśmieconych, przez nikogo nie użytkowanych.
Takie tereny niczyje poprzez swój brak zabudowy czy jakiegokolwiek innego zagospodarowania, brak czyjejkolwiek troski albo pomysłu na wykorzystanie, ugruntowują odbiór całej okolicy jako niedoglądanej, zostawionej samej sobie, wyjętej spod przewidywalnych praw polityki miejskiej czy komercji i oddanej we władanie niebezpiecznym siłom przypadku. Puste tereny niczyje są odpowiednikiem pustostanów w przestrzeni publicznej, są takimi „ruinami bez zabudowy”, które nieobjęte niczyją (nieformalną) jurysdykcją, odrzucone poza obręb umownej naszości, suflują domniemaną bezkarność.
Tym wątkiem w kontekście nie-miejsc zajmę się w następnym odcinku.

Autorka jest doktorem socjologii, pracuje jako adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzi również zajęcia na studiach podyplomowych i MBA w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Opublikowała książkę Obcy w mieście (2007) i Niedom. Socjologiczna monografia mieszkań migracyjnych (2012, z Marcinem Jewdokimowem) oraz szereg artykułów naukowych z socjologii migracji, miasta i architektury, a także socjologii zamieszkiwania.

Opublikowano za zgodą ETOH Fundacji Rozwoju Profilaktyki, Edukacji i Terapii Problemów Alkoholowych.
Publikacja pierwotna: miesięcznik „Remedium” nr 5/2013.

Przypisy   [ + ]

1. M. Castells, Społeczeństwo sieci, tłum. M. Marody i in., Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, s. 427.
2. Tamże, s. 424.
3. A więc zajmującym się strukturami społecznymi w kontekście przestrzennym (przestrzennym rozkładem poszczególnych populacji, przepływami pomiędzy terenami o różnych funkcjach itd.).
4. Por. P. Sałustowicz, Miasto jako przedmiot badań polityki społecznej, w: B. Jałowiecki (red.), Miasto jako przedmiot badań naukowych w początkach XXI wieku, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2008, s. 173–192.
5. H. Häußermann, K. Kronauer, W. Siebel (red.), An den Rändern der Städte, Armut und Ausgrenzung, Suhrkamp, Frankfurt am Main 2004, cyt. za: Sałustowicz Piotr, wyd. cyt., s. 181.
6. K. Olechnicki, Darwinowskie ogrody w niewidzialnym mieście, w: M. Krajewski (red.), Niewidzialne miasto, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2012, s. 74.
7. Cyt. za tamże, s. 74.