Opowiedz mi o swojej rodzinie

Rozmowa z Beatą Jarosz, autorką i realizatorką licznych programów profilaktycznych wrocławskiego oddziału Towarzystwa Rozwoju Rodziny, doradcą rodzinnym, coachem. Rozmawiała Elżbieta Szadura-Urbańska

Towarzystwo Rozwoju Rodziny to jedna z najstarszych organizacji w Polsce, z którą związanych było i jest wiele wybitnych osób. W 1996 roku postanowiła Pani reaktywować wrocławski oddział Towarzystwa.
Zajmowałam się, wówczas już na poważnie profilaktyką prozdrowotną, w tym edukacją seksualną. Profesor Mikołaj Kozakiewicz, który był blisko związany z Towarzystwem Rozwoju Rodziny, a którego byłam studentką, zaproponował mi żeby reaktywować oddział, bo we Wrocławiu słuch o Towarzystwie już dawno zaginął. Związana byłam wówczas z różnymi stowarzyszeniami, ale pomyślałam – dlaczego nie? Skoro idea jest słuszna, bliska mi i w dodatku zbieżna z tym co robię. Najpierw, zgodnie z zapisami statutowymi, powstało koło, potem oddział TRR. Dzięki życzliwości różnych ludzi szybko zaczęliśmy prężnie działać, jednak po roku, w 1997 nasze plany zweryfikowała powódź. Okazało się, że tragedia, którą wszyscy przeżywaliśmy wyzwoliła w nas też ogromną potrzebę wspólnego działania. Chociaż już wcześniej, wiele rzeczy robiliśmy razem to właśnie wówczas mieliśmy bardzo konkretne i bardzo esencjonalne kontakty i działania oraz efekty tych działań. Chciałabym wspomnieć choćby współpracę z Małgosią Gorący i Tadziem Krasoniem. Decyzje włodarzy miasta też nam sprzyjały. Rozpoczęliśmy działania w ramach interwencji kryzysowej i dość szybko TRR otrzymało z zasobów gminy lokal, który po powodzi wyremontowaliśmy. Miała tam swoje lokum lekarska przychodnia specjalistyczna, której organem założycielskim było Towarzystwo. W tym samym czasie powstały Kasy Chorych, więc spełniając wszystkie warunki wystąpiliśmy o kontrakt na usługi psychiatryczne, psychologiczne i ginekologiczne.

Profilaktyka prowadzona w początkach działania Towarzystwa Rozwoju Rodziny rozumiana była jako działania prozdrowotne.
I tak jest cały czas. Za każdym razem języczkiem u wagi podejmowania jakichkolwiek działań wszystkich oddziałów TTR jest profilaktyka zdrowotna. Tyle tylko, że my poszliśmy dalej. Przez te wszystkie lata bez lekarskiej przychodni, bez działań medycznych, które muszą spełniać określone standardy (więc na początku nie mogliśmy ich realizować) skupiliśmy się na innego rodzaju działaniach prozdrowotnych. Z czasem wyodrębniły się dwie działki naszej aktywności – pierwsza to psychoedukacja, profilaktyka, a druga to po prostu normalne świadczenia medyczne. To wszystko miało swój sens. Współpracowaliśmy z sejmikiem osób niepełnosprawnych i np. nasze dziewczyny na wózkach zaprojektowały podjazd do fotela ginekologicznego dla wózków inwalidzkich. To było ewenementem, przyjeżdżali do nas różni ludzie i się tym pomysłem zachwycali.

Prozdrowotne – to przecież również działania w zakresie zdrowia psychicznego. Program „Nie jesteś sam nieformalna edukacja antydyskryminacyjna”, jest przykładem tej szeroko rozumianej profilaktyki.
Chronologicznie to było tak, że na początku działalności uruchomiliśmy dwa, zupełnie unikalne projekty w Polsce, całkiem możliwe, że do dzisiaj takimi pozostają. Pierwszy program to wczesna profilaktyka zdrowia psychicznego wśród dzieci i młodzieży pt. „Mój psychiatra, mój psycholog” i drugi „Pierwsza wizyta u ginekologa”. Byliśmy na tyle doświadczonymi specjalistami, że wiedzieliśmy, iż zdrowie psychiczne jest absolutnie najważniejsze i troska o nie powinna stanowić początek podejmowania jakichkolwiek innych działań. Do dzisiaj niestety nie wszyscy o tym pamiętają. Powiedzenie, że ryba psuje się od głowy i tu pasuje jak ulał. Poza tym mieliśmy też inny problem, występował wówczas, ale z bólem przyznam, że i dzisiaj tak jest, że wizyta u psychiatry to stygmatyzacja. Jeśli ktoś idzie do psychiatry, psychologa to znaczy, że coś z nim nie tak. Na całym świecie jest zgoła inaczej – do specjalisty idziesz nie tylko dlatego, że jest fatalnie ale częściej po to, aby było lepiej. Stwierdziliśmy, co jest dosyć oczywiste, że łatwiej jest zmieniać przekonania i nawyki ludzi młodych, bo mamy jeszcze szansę, że oni wyrosną na światłych, dorosłych ludzi, którzy dbają o swoje zdrowie psychiczne. Cały czas mam tę nadzieję, a to co wówczas, czyli na przełomie wieków, rozpoczęliśmy daje efekty do dzisiaj.
Kolejny program dotyczył pierwszej wizyty u ginekologa. I znowu gdy prześledziliśmy statystyki odnośnie tego, jak wiele Polek umiera na nowotwory narządów rodnych to stwierdziliśmy, że nie mamy wielkich szans by zmienić nawyki dorosłych Polek, ale mamy absolutną szansę na wykształcenie tych nawyków dbania o swoje zdrowie u Polek młodych. I tak się zaczęło coś, co do dzisiaj uważam za fantastyczne, jak to klasa po klasie przychodziły dziewczyny do gabinetów ginekologicznych, oglądały je, rozmawiały z lekarzami. Prowadziliśmy te spotkania, kładąc też duży nacisk na badanie piersi, przestrzeganie higieny intymnej, konieczność wykonywania badań cytologicznych, propagowaliśmy prawa człowieka, prawa pacjenta, etc. Wszystko to rozpoczęło się już dosyć dawno, ale mam wrażenie, że nadal jest aktualne i bardzo potrzebne. Mamy w TRR jedyne miejsce w województwie, gdzie lekarz seksuolog przyjmuje bezpłatnie również osoby niepełnosprawne. Dziewczyny, pary, małżeństwa osób niepełnosprawnych nie muszą już jeździć do Warszawy do prof. Lwa Starowicza – który nadal jest związany z TRR – ale mają pomoc tu, na miejscu. Zajmujemy się też bardzo ważnym tematem, jakim jest przemoc seksualna również w kontekście osób niepełnosprawnych.

Profesor Kozakiewicz doceniał wasze działania?
Tak, nieżyjący już prof. Mikołaj Kozakiewicz był bardzo zadowolony z tego, co się we Wrocławiu dzieje, bo my rzeczywiście ruszyliśmy pełną parą. To wszystko było zgodne z tym jak profilaktykę rozumiało TRR. W naszej pracy te wszystkie nitki, które biegły w różne strony: profilaktyka, promocja zdrowia, zdrowie psychiczne, zdrowie kobiet, zdrowie mężczyzn pięknie się łączyły i dawały naprawdę wspaniałe rezultaty. Te wszystkie działania były dla nas tak samo ważne i nadal tak jest.

Wracając do projektu antydyskryminacyjnego. Umiejętności życia bez uprzedzających stereotypów to też wymiar zdrowia psychicznego.
Antydyskryminacja jest również ważnym celem w działaniach TTR. Kiedy my zaczynaliśmy te projekty problem dyskryminacji nie był jeszcze tak dramatycznie zarysowany. Wówczas nasze działania mogły przygotować nas do tego, że za chwilę będziemy społeczeństwem wielokulturowym. Niestety trafiały one w próżnię, nie miały należytego zrozumienia, a przecież profilaktykę należy podejmować wcześniej niż pojawi się problem. Dzisiaj już się borykamy z zachowaniami antydyskryminacyjnymi. Nie zdążyliśmy niestety przez te lata wychować społeczeństwa. U nas jest tak – i znów należy użyć słowa niestety – że bierzemy się za rozwiązanie już istniejącego problemu, a nie przygotowujemy się, jak go rozpoznać i ograniczyć skutki. Na szczęście te osoby, które korzystały z pierwszych edycji projektów nadal wiedzą gdzie i kiedy zgłosić się po pomoc i co ogromnie nas cieszy – ich dzieci nie mają z korzystaniem z pomocy psychiatry, psychologa, ginekologa żadnych problemów.

Warto byłoby uświadomić decydentów, ile kosztuje leczenie depresji, raka szyjki macicy, jądra, a ile kosztuje profilaktyka tych chorób. Nie mamy jednak w zwyczaju liczyć kosztów zaniechań.
Nie mamy w ogóle takiej świadomości oceny kosztów! Na przykład w USA jest czymś oczywistym, że oblicza się ile kosztuje profilaktyka, a ile działania konkretne, likwidujące już istniejący problem. U nas nie mówi się o kosztach zaniechań, bo traktuje się to jako niewymierne. Co ciekawe, my zawsze w swoich sprawozdaniach mówiliśmy o konieczności profilaktyki. Warto dodać, że nikt nigdy nie płacił za nasze projekty np. te dotyczące zdrowia psychicznego i wizyt u ginekologa, a przecież korzysta z nich ponad 10 tys. uczniów rocznie! W rekordowym roku 2008 było to około 16 tys. młodych ludzi.

Samorządy korzystały z waszych statystyk?
Tak, chociaż na nasze działania nie dawały i nie dają ani złotówki. Zresztą my już teraz nie występujemy o środki. Chociaż jak mi się wydaje, teraz moje pomysły sprzed 15 – 20 lat mogłyby uzyskać akceptację. Np. program wiedzy o seksualności człowieka. Bardzo ważny temat, a nie może się w rozsądny sposób zadomowić w naszej szkole. Jeżeli komuś wydaje się, że profilaktyką jest działanie, gdy problem już wystąpił to jest w błędzie. Wówczas już nie mamy do czynienia z profilaktyką, a z leczeniem. Mam wrażenie, że ciągle nie mamy świadomości rozróżniania tych terminów. Podobnie jest z prewencją, albo rozumiemy co to jest prewencja, albo przestańmy używać tego wyrazu. Za dotacjami, również tymi unijnymi idą wskaźniki – ile osób się wyleczyło, ilu osobom się pomogło. Ale przecież nie do końca o to chodzi. Jeżeli profilaktyką mają być dotacje udzielane np. ośrodkom leczenia odwykowego to możemy mówić tylko o profilaktyce skutków społecznych już istniejących uzależnień. Podczas gdy wczesna profilaktyka uzależnień polega na psychoedukacji dzieci i młodzieży.

Ma Pani szansę prowadzić tę profilaktykę również jako coach, doradca rodzinny. Jaka jest ta współczesna rodzina?
Wszystko co dobre i co złe zaczyna się w domu. Właściwie nie potrafiłabym określić jaka jest ta współczesna rodzina, jest bowiem tak różnorodna i tak kolorowa, i już często wielokulturowa – i w przenośni i dosłownie – i tak już wielojęzyczna ale i tak wieloproblemowa. To jest niesamowicie ciekawy temat i znowu aż się człowiek uśmiecha na myśl – chociaż wiem, że słowo „uśmiecha” w tym kontekście źle brzmi – ile można byłoby zrobić zanim problemy wystąpią. Bo to, że problemy gdzieś w zarzewiu są zawsze, to oczywiste, ale je przecież można przezwyciężać wspólnie. „Wspólnie” to taki wyraz o którym zapominamy.

Czy te problemy da się jakoś jednoznacznie określić?
Nikt nie ujmie tego w jednym słowie, a gdybyśmy je znali to bylibyśmy bardzo bogaci:) Problem z rodziną, jej stabilnością i funkcjonowaniem ma cały świat, ten problem był zawsze, ale kiedyś inaczej z tym sobie radzono, inne mieliśmy środki, inne zachowania były dozwolone. Może nawet nie wszystkie były aprobowane, ale nikt z tego większego szumu nie robił. Dziś życie się zmienia, nastawienie do życia się zmienia. Jedno na cztery małżeństwa się dziś rozwodzi i nikt z tego nie robi problemu, to już nie jest wielka trauma. Rozwodzą się celebryci, wchodzą w inne związki, jest z tego powodu ogromne zamieszanie, w Internecie toczy się dyskusja o kolejnej sukni ślubnej znanej aktorki… Więc pytamy siebie – dlaczego nie ja? Kiedyś osoba która się rozwiodła, a szczególnie kobieta, w pewnym sensie była napiętnowana, nawet się to zdarzało w środowisku miejskim. Dzisiaj już nie. Teraz problemem jest to, że bardzo, ale to bardzo łatwo się rozstawać. Nie mija rok, dwa od ślubu i ludzie się rozwodzą. Rozumiem kancelarie prawne, im w to graj. Moje ogromne zdziwienie budzi to, że coraz więcej jest rozwodów kościelnych. Kiedyś to się nie mieściło w głowie. A teraz kolejne orszaki ślubne, kolejne suknie i welony. A nasze babcie mówiły, że najtrudniejszych jest pierwszych 25 lat, a potem już sam miód…

Media jakby zaklinając rzeczywistość, pokazują współczesne patchworkowe rodziny jako szczęśliwe. Chyba nie wszyscy sobie tak wspaniale radzą?
Większość sobie nie radzi. Ludzie, którzy zakładają tzw. rodziny patchworkowe, nie zdają sobie sprawy, że biorą odpowiedzialność za obce dziecko, podkreślam to dziecko jest obce. Mają często swoje dziecko, za chwilę wspólne i jeszcze dziecko partnera. Wymaga to ogromnej kultury, rozwagi, umiejętności itd., aby wszystko miało sens i było ok. A nie jest ok. Trochę zbyt pochopnie przejmujemy wzorce zachodnie, w USA dziecko jest tydzień u ojca tydzień u matki. A przecież własne miejsce, terytorium to wręcz atawistyczna potrzeba i nie można jej ignorować. Nasze pokolenie już odebrało dzieciom babcie i dziadków. Nie rozwodząc się nad tym dlaczego tak się stało, nasze dzieci nie mają już przy sobie bezwzględnie oddanych, uważnych, kochających i zawsze dostępnych osób. Życie nie znosi próżni, jeżeli coś zabieramy coś musimy dać. Jeśli my nie dajemy czegoś dziecku w zamian, samo znajdzie sobie coś innego, inne środowisko, które mu to zapewni.

Nierzadko też rodzic, od którego odszedł partner nie wytrzymuje ciśnienia…
…i pała nienawiścią wobec byłego partnera, mówi też o tym dziecku, nastawia je przeciwko temu drugiemu rodzicowi. A to jest już rzeczywista przemoc wobec dziecka, co moim zdaniem kwalifikuje się do sądu. Na razie jednak nikt nic z tym nie robi. To się jednak będzie zmieniać. Proszę zauważyć, że dwadzieścia lat temu to że, ktoś gwałci, bije swoje dziecko było niezauważalne. Dzisiaj już się coś w tym obszarze zadziało i te osobiste terytoria będą chronione, muszą być.

Można było przewidzieć te problemy, które dotkną rodziny patchworkowe i w porę im przeciwdziałać?
Zjawisko rodzin patchworkowych jest już od dawna obecne w naszej rzeczywistości i tu powinna być wdrożona profilaktyka, a u nas nawet nie ma publikacji na ten temat. Ja swoim klientom udostępniam zazwyczaj opracowania anglojęzyczne. My nie zauważamy problemu, jakie niesie ze sobą rodzina rekonstruowana, a są to problemy przeogromne.

Potem wszyscy siedzimy w kolejce do psychologa i chcemy szybkiej pomocy.
Ktoś, kto idzie do psychologa chce od razu włączać terapię. A ja często proponuję genogram, czy też opracowanie rodzinnej historii. Człowiek, aby szedł dalej, miał siłę do uporania się z problemami, musi mieć punkt oparcia, musi mieć korzenie. Na szczęście genogram, narracje rodzinne wracają do łask. To co było powszechnie stosowane i mimo, że dawniej tak nie nazywane, było narzędziem pracy każdego pedagoga i psychologa. Przypomniało mi się jak mój kolega decydując się na drugie małżeństwo dążył do tego, aby poznać rodziców i dziadków swojej wybranki i dopiero wtedy powiedział: teraz jestem pewien, że będzie dobrze, są fantastyczni! Ja nie widzę powodów, żeby nie brać tego pod uwagę. Przecież, kiedy lekarz robi wywiad pyta o wszystkie choroby, które były w rodzinie, wyciąga wnioski i w tym momencie, kiedy zauważa pewne zależności włącza profilaktykę. Również nasze psychologiczne skrytpy, które niesiemy przez całe życie i nie wiadomo kiedy się uruchomią powinny być w porę zauważone. Warto pamiętać o tym nie szukając wymyślnych terapii.

Ta mądrość musi być nie tylko po stronie tego, kto przychodzi po poradę, ale przede wszystkim pomagającego.
Ludzie udzielający pomocy to odrębny temat. Często brak im wykształcenia, wiedzy, nie dostrzegają skuteczności tych najprostszych dostępnych technik, ale szukają jakiegoś cudownego środka, szybko działającej tabletki na lepsze życie. Wszystko ma być szybko. A kolejne bardzo szkodliwie hasło to „wszystko potrafisz, na wszystko cię stać”. Amerykanie już dawno zauważyli, że to powoduje tłok w ich gabinetach. Ludzie chcą szybko naprawić swoje życie i osiągnąć wszystko, a to nie może się udać.

Albo też usprawiedliwić siebie. Mówimy, że tak musi być w naszym życiu, patologiczne związki, uzależnienia bo przecież nasz dziadek, ojciec …
Zawsze nosimy w sobie to co mamy po rodzicach. Nie dziedziczymy tylko koloru oczu, ale wiele, więcej. Świadomość, że mamy korzenie, daje nam siłę, możemy zmienić to co chcemy. Zapominamy o czymś jeszcze. Wyrugowaliśmy ze słownika słowo „wartości”. Pracując ze studentami którzy będą potem pomagać innym zadajemy proste pytanie: jakie są twoje wartości. I ostatnio młodzi ludzie w ogóle nie rozumieją o co pytamy. Co wyniosłeś z domu jakie są twoje korzenie? Dlaczego chcesz pomagać innym? Jeżeli specjaliści nie będą wiedzieć, to kto? Robi się śmiesznie i strasznie. Aż się prosi aby realizować profilaktykę. Miejmy nadzieję, że nie jest za późno.

Dziękuję za rozmowę.