Dobry lider, mistrz i nauczyciel…

…wychował wiele osób większych od siebie — rozmowa z Zygmuntem Medowskim, przewodniczącym gdańskiego Ośrodka profilaktyki środowiskowej „Mrowisko”. Rozmawiał Dawid Zmuda.

Jedno z ostatnich podwórek Gdańskiej Starówki, kilkaset metrów od Długiego Targu, brama od ulicy Świętojańskiej, trochę takie przejście od historycznego miasta do codziennego, otwartego podwórza. Wejście jakby boczne, jak cała ulica Słomiana, przylepiona do podwórek okolicznych kamienic. Po schodach na poddasze, kameralne pokoiki, kanapy, herbata, jak u gościnnych znajomych – to siedziba Stowarzyszenia Mrowisko.
Zanim włączymy dyktafon rozmawiamy chwilę o prowadzeniu administracji stowarzyszenia, bo akurat czas rozliczeń i raportowania. Szukam w nagraniu momentu, w którym zaczęliśmy rozmowę o historii mojego rozmówcy, ale nie znajduję. Po prostu, niepostrzeżenie przechodzimy do tematu.

Zygmunt Medowski: …gdyby tak przyjrzeć się faktom, to było różnie. Byłem pracownikiem fizycznym, miałem swój biznes, pracowałem w administracji, w różnych firmach. W wieku trzydziestu lat zacząłem swoją karierę w gdańskim ośrodku Monaru, a potem – po czterech latach – jeszcze pracując w Monarze, zacząłem się zajmować Mrowiskiem.
…to był rok?
…dziewięćdziesiąty trzeci. W osiemdziesiątym czwartym, może piątym, jeszcze miałem swoją firmę, ale wiązałem się już z Monarem.
Sporo z osób, które w tych latach zaczynały pracować z osobami uzależnionymi, co najmniej stykały się z Monarem i najczęściej był to ważny okres w ich życiu. Co dawał wtedy Monar?
Pasję. Dawał jakąś ideę, ducha. Około osiemdziesiątego czwartego roku Monar wydał taki biuletyn Brać albo być, a w nim listy młodych ludzi. To był czas mocnej, hardkorowej narkomanii, w biuletynie można było przeczytać mocno ideowe teksty, a ja byłem taki… no, miałem swój biznes, ale tak naprawdę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Miałem niby w ręku coś, co nazywało się porządnym fachem, ale tak naprawdę od dawna interesowała mnie psychologia.
Po przeczytaniu biuletynu poczułem chęć zakręcenia się wokół Monaru, w dużej mierze zresztą dzięki postaci Marka Kotańskiego, który był bardzo silnym, wpływającym na ludzi liderem. Zadzwoniłem kiedyś do gdańskiego oddziału i trafiłem na Jolę Koczurowską, która okazała się również niezwykle charyzmatyczną osobą, przede wszystkim potrafiła natychmiast wykorzystać chęć pomocy ze strony innych. Myślę, że wielu ludzi odbierając telefon od – powiedzmy – ślusarza, raczej by go zbyło, a ona od razu łapała kontakt i zastanawiała się, jak można włączyć człowieka do działania.
Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy poznałem wielu ludzi, wtedy młodzież, którzy później stali się lokalnymi liderami w ośrodkach, robili w swoim życiu ciekawe rzeczy. Łatwo było się wciągnąć w to środowisko, choć zupełnie dla mnie wtedy nowe. Ciekawi ludzie.
I to wtedy rozpoczął Pan wolontariat w Monarze?
Nie, jeszcze nie wtedy. To był okres po akcjach „Łańcuch czystych serc”, był też bieg przeciwko uprawie maku [wysokoopiatowy mak był wówczas jednym z podstawowych źródeł narkotyków w Polsce – przyp. red.], pomagałem wtedy trochę dzieciakom w szkole, kręciłem się wokół ośrodka Monaru, ale dopiero w okolicach osiemdziesiątego dziewiątego roku Jola Koczurowska odezwała się do mnie w sprawie jakiejś pomocy w warsztatach – które chyba zresztą nie doszły do skutku – ale wtedy właśnie rozpocząłem stałą współpracę z tym środowiskiem. Zamknąłem swój biznes i zostałem terapeutą.
Jak wtedy wyglądał wolontariat w Monarze?
Trochę na wariackich papierach, nie podpisywaliśmy żadnych umów, czas pracy był bardzo umowny. Czasami kilka godzin piliśmy kawę i rozmawialiśmy o tym co robić, a jak trzeba było – braliśmy łopatę i pracowaliśmy fizycznie. Bywało, że – zanim zostałem oficjalnie terapeutą – siedziałem trochę w ośrodku i szedłem do domu, bo nie mogłem jeszcze uczestniczyć w społecznościach. Robiliśmy po prostu to, co akurat trzeba było zrobić.
Kiedy powstał pomysł założenia Mrowiska?
To jest historia pączkowania kolejnych środowisk i ośrodków. Zaczęło się od Monaru i ośrodka na gdańskiej Matarnii, której jesteśmy – powiedzmy – dzieckiem czy młodszą siostrą. My z kolei wydaliśmy na świat kolejne grupy, które do dziś działają.
Początki Mrowiska to właściwie wspólne środowisko osób skupionych wokół Joli Koczurowskiej. To też były czasy głównie opiatów, zwłaszcza tzw. kompotu, które powodowały bardzo szybkie, fizyczne wyniszczenie. Jednocześnie zaczęły wchodzić nowe środki, nowe typy narkotyków. W takim krajobrazie część osób z tego środowiska, o którym wspomniałem, rozpoczęła budowanie oddzielnej grupy.
W pewnym sensie to były komfortowe lata – jeśli ktoś nie kradł, a przedstawił sensowny program terapeutyczny czy profilaktyczny – dostawał pieniądze na realizację bez zbędnej administracji. Zaczęło się od pisania rocznie jednego programu i jednego sprawozdania. Wtedy wydawało nam się, że to początki i będzie lepiej – dziś myślę, że pod względem zdobywania środków od tamtego czasu było już tylko gorzej. Również dlatego, że dziś sporo czasu zajmuje administracja, raporty etc., więc o wiele mniej zostaje na to, czym żyliśmy wtedy: rozmowy merytoryczne, planowanie działań etc.
Jeśli chodzi o naszą historię, to trzeba też powiedzieć, że Monar mniej zajmował się wtedy profilaktyką, a bardziej rehabilitacją. Była, co prawda, koncepcja pomocy młodzieży uzależnionej czy narażonej na uzależnienie przez młodzież nieuzależnioną, ale ona właściwie spaliła na panewce. Okazało się, że raczej ci którzy brali wciągali tych niebiorących; model profilaktyki rówieśniczej sprawdza się oczywiście czasami i bywa bardzo skuteczny, ale wtedy był jeszcze niedostatecznie przygotowany.
Jeśli już o tym mówimy – co z dzisiejszej perspektywy okazuje się dyskusyjne czy ryzykowne w pracy z uzależnieniami takich pionierskich grup jak Monar?
O, wchodzimy w temat-rzekę… Sam dużo myślę o takich modelach… o systemach, hm… To w ogóle był czas powstawania wielkiego ruchu pomocowego, który przyniósł wiele dobrego, ale miał też swoje – nie chcę powiedzieć ciemne – ale trudne strony.
Generalnie większość modeli pracy z osobami w trudnej sytuacji opiera się na postaci lidera – silnej osobowość, wokół której kręci się większość spraw. I tu wchodzimy na cienki lód, bo w większości przypadków wielka osobowość, to także wielkie ego.
Nie uważam, żeby to było coś złego, bo nie da się wiele zbudować, polegając tylko na łagodności i spolegliwości. Trzeba innych zarazić ideą, ale także umieć przekonać do swojej wizji. To jest trochę tak, że kto z nami, to idzie z nami, kto nie – niech rusza swoją drogą. I jeśli takie liderstwo jest realizowane w kontaktach z osobami w trudnych sytuacjach, a więc również jakoś słabszymi – rodzi się wiele trudnych tematów.
Pojawiają się sytuacje dwuznaczne etycznie czy zawodowo. Są takie szkoły terapeutyczne, które jasno stawiają granice relacji terapeutów z klientami. W modelu liderskim, a więc jednocześnie partnerskim, terapeuta bywa przyjacielem i wychowawcą, te relacje bywają bliskie, ciepłe, zmienne, a więc i niełatwe. Nie chcę powiedzieć z góry, że to niewłaściwe, ale jednak niejednoznaczne i trzeba sporego doświadczenia, żeby móc tak pracować.
Gdzie są dziś największe trudności w modelu bezpośredniej, partnerskiej pracy z ludźmi uzależnionymi?
Trudno jest ustalić jakieś twarde reguły, zwłaszcza, że świat się zmienia i nie żyjemy w niezmiennych sytuacjach. Są oczywiście dokumenty regulujące pracę: kodeks etyczny terapeutów uzależnień, kodeks praw pacjenta, a w takich dokumentach są rzeczy dobre, dyskusyjne ale i takie, które po prostu bywają bezsensowne.
Bardzo dbamy o to, żeby nasi współpracownicy mieli duży wgląd w siebie, żeby nie dochodziło do żadnych nadużyć. Z drugiej strony jednak, gdybyśmy mieli się stosować do wszelkich zaleceń, dotyczących np. kontaktu fizycznego, musielibyśmy sobie dać spokój z częścią terapii. Młodzież na spotkaniach na powitanie obejmuje się z terapeutą, co jest im potrzebne, bo świadczy o zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Tak się dzieje na całym świecie i ostre zakazywanie takich prostych odruchów byłoby paranoiczne.
I wracając do modelu liderskiego, takiego bezpośredniego i niełatwego – dobry lider, mistrz, nauczyciel to taki, który wychował wiele osób większych od siebie. Nie chodzi o to, by budować swoje imperium, tylko dzięki sobie wychowywać ludzi, którzy z powodzeniem pójdą dalej w świat.
Sam zresztą czuję, że mój czas jako lidera powoli się kończy, czy nawet zakończył się. Mam swoje miejsce w szkoleniach, przede wszystkim w terapii – tu się odnajduję. Natomiast jako lider organizacji… nie lubię być odtwórczy, wolałbym się zajmować tym, co mogę zrobić nowego.
Pojawili się ludzie, którzy tę rolę w stowarzyszeniu Mrowisko mogliby przejąć?
Na pewno tak. Choć ci, którzy mieli mocny potencjał liderski odeszli zakładać własne grupy. Nie wiem, może przegapiliśmy moment, kiedy powinniśmy im dać tu odpowiednie miejsce. Ale oczywiście są tacy – według mnie – którzy mogą stowarzyszenie poprowadzić. Tyle, że niektórzy się w tym nie widzą, albo jeszcze nie do końca wierzą w siebie. Zwłaszcza, że dziś prowadzenie organizacji pozarządowej bywa o wiele trudniejsze i wymaga o wiele większych kompetencji niż zarządzanie w biznesie. Tu jest dużo ciężej niż było kiedykolwiek.
Przyszły szef lub szefowa rzeczywiście zadanie będzie mieć niełatwe, bo Mrowisko dziś to spore przedsięwzięcie, kilka dużych projektów, miejsc i ludzi, którym pomagacie. Jesteście obecni dziś między innymi na Dolnym Mieście, jednej z mocno doświadczanych społecznie dzielnic Gdańska w ostatnich kilkudziesięciu latach.
Zaczęliśmy od Kontakt Busa, czyli dojeżdżania tam naszych współpracowników, łapania kontaktu i działań w miejscu, w którym wtedy – ponad dziesięć lat temu – niemal nie było propozycji dla dzieci i młodzieży. Potem pojawiła się siedziba i projekt zDolne Miasto, który dzięki działaniom artystycznym, kulturalnym i wsparciu edukacyjnemu pozwolił z czasem zdjąć stygmat gorszej dzielnicy. Przed wojną była to najbogatsza dzielnica Gdańska, po wojnie zdecydowanie obniżono status tego miejsca, w końcu wycofano komunikację, poupadały zakłady pracy, a za tym pojawia się dezintegracja, wchodzi przestępczość i narkotyki.
W tej chwili to miejsce się zmienia. Jestem daleki od powiedzenia, że to właśnie dzięki naszej działalności, raczej włączyliśmy się w splot wielu pozytywnych procesów ekonomicznych i społecznych, które wzmacniają lokalnie poczucie bezpieczeństwa i pewnej integracji, odwracając tym samym tendencję pojawiania się czynników ryzyka, również w sferze uzależnień. To są realne procesy wspierające profilaktykę. My staramy się tu wspierać młodych ludzi w odnajdywaniu swoich motywacji. Być może znikniemy kiedyś z horyzontu, ale zostawimy konkretnym ludziom pewien model myślenia i funkcjonowania.
Od początku pracujecie w czasach szybko zmieniającego się świata i sami tym zmianom staracie się pomagać. Na koniec więc zapytam o zmianę konkretnego człowieka: kim będzie Zygmunt Medowski w – powiedzmy – 2018 roku? Może to data dość umowna, ale…?
Nie, to akurat dobra data, wtedy kończy się moja kadencja prezesa zarządu w stowarzyszeniu. Potem? Chyba… tak, terapeuta.