Zawiłe drogi życia

Zakład Poprawczy w Studzieńcu jest jednym z pierwszych zakładów poprawczych dla nieletnich przestępców, który powstał na ziemiach polskich – otwarcie osady miało miejsce 14 maja 1876 r.

Zakład został powołany przez Towarzystwo Osad Rolnych i Przytułków Rzemieślniczych na wzór kolonii francuskiej dla nieletnich w Mettray (pod Tours). Pierwotny system studzieniecki dzielił wychowanków na małe 15-osobowe grupy chłopców. Każda z nich wraz ze swoim wychowawcą zajmowała oddzielny domek. Grupę nazywano oddziałem lub rodziną, a wychowawcę ojcem rodziny. Do dzisiejszego dnia praca w zakładzie poprawczym oparta jest o podobną strukturę.

Współpraca stowarzyszenia „Start Q” z zakładem

Określenie „wychowanek poprawczaka” z całą pewnością nie brzmi dumnie. Świat młodocianych przestępców wywołuje określone skojarzenia: patologia, agresja i przemoc, narkotyki, alkohol… Trzeba włożyć spory wysiłek, żeby dostrzec ich lepszą stronę. Ten wysiłek podjął Jacek Kaczmarczyk ze stowarzyszenia „Start Q”. Od trzech lat w każde czwartkowe popołudnie pokonuje drogę z Warszawy do Studzieńca, żeby pracować z chłopakami z zakładu poprawczego. Jest jego byłym wychowankiem. Odkąd pamięta był trudny i niepokorny. Nie raz i nie dwa ostro zaszedł wychowawcom za skórę. Bardzo szybko trafił do więzienia. Podobnie jak w Studzieńcu, i w zakładzie karnym nie miał zamiaru dostosowywać się do panujących tam zasad. Ponosił tego bolesne konsekwencje.

– W końcu dotarło do mnie, że jestem na dnie – mówi Jacek. – Leżałem ciężko pobity w więziennym karcerze, bez rodziny i nadziei na inne życie. To co miałem, to wieloletni wyrok do odsiedzenia i ukończone sześć klas podstawówki. Pojawił się jednak w więzieniu ktoś – psycholog, która zobaczyła, że mam potencjał i mogę wyjść na ludzi. Nie pamiętałem, żebym coś tak dobrego wcześniej o sobie usłyszał. Ta zmiana nie stała się oczywiście z dnia na dzień. Po 11 latach odsiadki dostałem akt łaski z rąk prezydenta. To była wyjątkowa szansa i kredyt zaufania. Minęło już wiele lat, a ja nad sobą cały czas pracuję. Wcale nie jest łatwo. Nie chcę jednak wracać do tamtego życia: chcę żeby moje dzieci żyły inaczej. Normalnie.

Jacek chce być tym kimś dla wychowanków zakładów, kim dla niego była tamta psycholog: chce pokazywać młodym osobom, że nie są skazani na całe życie. – Spłacam tym swój dług Bogu i ludziom – podkreśla na każdym kroku. – Próbuję pokazywać młodym ludziom, że mają szansę wybrać coś innego.

O znaczeniu możliwości dokonywania wyborów mówi też Andrzej Zakrzewski – dyrektor zakładu: – „Chłopaki mogą nad sobą pracować: chodzą do szkoły, uczą się zawodu. W Studzieńcu kształcimy w pięciu zawodach: kucharz małej gastronomii, malarz, tapeciarz, ślusarz, ogrodnik. Nasi wychowankowie mają również zajęcia z terapeutami i psychologami. Chcę, żeby jak najlepiej, na tyle na ile to jest możliwe w warunkach zakładu, przygotowali się do normalnego życia. Wszystkiego jednak nie naprawimy. Dużo zależy od samego chłopaka, tzn. czy z tego skorzysta, czy nie. Z tym bywa różnie. Oczekiwanie społeczne jest takie, aby każdego wychowanka w ciągu dwóch, trzech lat naprawić i uczynić z niego wzorowego obywatela. Ale jeżeli ktoś przez większą część życia żył w dysfunkcyjnej rodzinie i utrwalił sobie niewłaściwe mechanizmy funkcjonowania, trudno go w tak krótkim czasie zmienić i utrzymać efekty tej zmiany. Chłopcy przecież najczęściej wracają do środowiska, z którego pochodzą, czyli do otoczenia, w którym zostali ukształtowani. Kiedy mierzą się z codziennością, brakiem pieniędzy, frustracją, trudną sytuacją w rodzinie, trudno oprzeć się pokusie powrotu do zachowań, które przynosiły im natychmiastową korzyść”.

Kadra zakładu chce przygotować wychowanków do radzenia sobie na otwartym rynku pracy. W 2012 r. przy współudziale Stowarzyszenia Start Q założono przy zakładzie Spółdzielnię Socjalną „Perspektywa”. – Staramy się tworzyć jak najwięcej możliwości do uczenia się życia w normalności – mówi dyrektor zakładu. – Chłopcy uczą się czym i jaką wartością jest praca. Praca, za którą dostają wynagrodzenie uczy szacunku do pieniądza i przedsiębiorczości. Tutaj zdobywają swoje pierwsze doświadczenia zawodowe.

– Stowarzyszenie „Start Q” to grupa osób, którą łączą wspólne cele i wartości. To ludzie, którzy poprzez zawiłe drogi swojego życia dokonali w sobie trwałej przemiany i w obecnej chwili mogą być przykładem sukcesu pracy nad sobą – tak zaczyna prezentację Stowarzyszenia Jacek, który jest jego głównym motorem napędowym. I nie jest w tym bynajmniej gołosłowny. Od 2010 r. Jacek, jako certyfikowany trener ART (Trening Zastępowania Agresji), co tydzień prowadzi zajęcia z wychowankami w ramach Szkoły Zachowań Odważnych i Akademii Zachowań Odważnych. Celem zajęć jest rozwijanie wśród chłopców podstawowych umiejętności społecznych oraz umiejętności autokontroli. Do „grupy pana Jacka” (tak nieformalnie nazywane są grupy prowadzone przez Stowarzyszenie Start Q), chłopcy uczęszczają dobrowolnie. W samym zakładzie przebywa około 60 wychowanków, do grupy należy 12 chłopców. Niekiedy sami zgłaszają chęć przyłączenia się do grupy, czasami proponują to wychowawcy czy psycholog, kiedy widzą, że dana osoba może z niej skorzystać. Pierwsze dwa tygodnie są dla nowego uczestnika tzw. okresem próbnym, który pozwala mu rozeznać się w formie zajęć i upewnić, że ma wystarczającą motywację do pracy nad sobą. Kiedy jest gotowy do podjęcia długoterminowego kontraktu, zostaje włączony do grupy.

– Podjąłem ryzyko, zgadzając się na to, żeby były wychowanek i więzień prowadził zajęcia – wspomina dyrektor zakładu. – Musiało minąć trochę czasu zanim ostatecznie się przekonałem i upewniłem że to była trafna decyzja. Najlepszym sprawdzianem jest to, że widzę, jak chłopcy się zmieniają. Jacek jest prawdziwy, doskonale ich rozumie. I to ich przekonuje. Dlatego mogą się od niego uczyć. Jacek jest wiarygodny, również dlatego, że jest kimś spoza zakładu. Dla chłopaków to ma bardzo duże znaczenie, że ktoś specjalnie dla nich przyjeżdża z zewnątrz. To oznacza, że jest ktoś, komu na nich zależy. Co więcej, nie bierze za to pieniędzy, a więc robi to bezinteresownie.

Kiedy pytam Jacka – dlaczego mu tak bardzo zależy na tych chłopcach, odpowiada, że rozumie co się z nimi dzieje. – W ich życiu bardzo często brakuje kogoś kto nauczy ich świadomych wyborów i pokaże jak korzystać z pomocy innych ludzi. Pokazuję im, że można inaczej, choć przeraża ich myśl, że mogliby coś w życiu mieć, coś zdobyć. Dlatego tak ważne jest, aby obok nich był ktoś, kto będzie doceniał ich najmniejsze starania i nie odrzuci, kiedy powinie im się noga.

Pierwsze spotkanie

Do zakładu dojeżdżamy samochodem. To jest w tym przypadku najlepszy środek transportu. Przystanek PKP i PKS mieszczą się dobre kilka kilometrów od bram zakładu. Jacek kiedyś stąd uciekał. Miał wówczas 17 lat. Do zakładu poprawczego trafił za pobicie. Okolice Puszczy Mariańskiej, w której usytuowany jest zakład zna więc bardzo dobrze. Pokazuje najczęstsze ścieżki ucieczek wychowanków. Dzień jego ucieczki był jednocześnie dniem ślubu jego wychowawcy, a obecnie dyrektora zakładu. Dlatego ten dzień im obu doskonale wbił się w pamięć. Po tym wydarzeniu Jacek już tam nie wrócił – z wieloletnim wyrokiem trafił do więzienia. Gdy mijamy bramy zakładu, widzimy kręcących się chłopców wokół głównego budynku, w którym odbywa się większość zajęć. Szykują się do powrotu do swoich grup. A gdzie są kraty? – to chyba jedno z pierwszych pytań, które może się nasuwać po przekroczeniu bram wjazdowych. – Nie ma – odpowiada Jacek i wyjaśnia dalej – To jedyny zakład poprawczy w Polsce, w którym nie ma krat.
Chłopcy mieszkają w kilkunastoosobowych grupach, w oddzielnych, samodzielnych jednopiętrowych domkach. Śpią w dwu i trzyosobowych pokojach. Za chwilę w jednym z nich rozpoczną się zajęcia. Grupka chłopców zbiera się pod głównym wejściem do jednego z domków, który pełni rolę świetlicy. Jeszcze chwila na papierosa i wchodzimy na zajęcia. Chłopcom z trudem przychodzi udawanie, że nie są skrępowani obecnością gościa…

Na drodze krzyżowej w Ośrodku Noclegowym w Mienii

Kiedy docieramy do Mienii chłopców jeszcze nie ma. Tutaj Fundacja Sławek prowadzi ośrodek noclegowy dla więźniów opuszczających zakłady karne. Co roku tuż przed Wielkanocą z udziałem byłych osadzonych organizuje inscenizację Drogi Krzyżowej. Zaczynają o godz. 15.00. Dostajemy informację, że chłopcy ze Studzieńca mogą się spóźnić. Jest już 14.15. Jacek nerwowo chodzi po posesji. Wieje silny i przenikający wiatr. Szybko chowamy się w budynku ośrodka. Obecnie mieszka w nim kilkanaście osób. Dla niektórych to sytuacja przejściowa, inni zostają tutaj na dłużej.

– Tyle prób, tyle pracy włożyliśmy w przygotowania. Nie mogą się teraz spóźnić – martwi się głośno Jacek. Zadaniem chłopców z zakładu było przygotowanie oprawy muzycznej oraz świadectwa do VII stacji Drogi Krzyżowej. Mimo że Jacek serdecznie wita się z kolejnymi osobami, widać, że cały czas niepokoi się, czy chłopcy jednak dojadą. To wyjątkowa sytuacja dla wszystkich. Po raz pierwszy bowiem w realizacji misterium wezmą udział wychowankowie zakładu poprawczego. Do tej pory realizowali to wyłącznie byli więźniowie. – Za co siedzą? – pytam Jacka. – Za wszystko – odpowiada i wymienia – kradzieże, rozboje, morderstwa. Dosłownie za wszystko. Część z nich ma za sobą wieloletnie wyroki.

Jacek dostaje telefon i uśmiecha się dając do zrozumienia, że chłopcy już są. Niemal w ostatniej chwili. Próbują zachowywać się spokojnie i pewnie, ale widać po nietęgich minach, że mają tremę. Wszyscy bardzo szybko znikają w drzwiach budynku. Mają tylko chwilę, żeby przećwiczyć utwór, który będą wykonywać. Jest wśród nich Adrian. Poza tym, że świetnie śpiewa, gra na gitarze. Marzy o karierze muzyka estradowego. Jest i Mateusz, który gra na akordeonie. Dorabia jako organista w kościele. Pozostałym chłopcom jedna z pań wręcza starannie poskładane stroje apostołów. Tym, co uderza to piękno kolorystyki wszystkich strojów, staranność i prostota ich wykonania. Ktoś się do tego przyłożył. Chłopcy ze Studzieńca przyglądają się mężczyznom z zaciekawieniem, ale i dużą niepewnością. Wydają się być onieśmieleni.

Dzwonek na zbiórkę i za chwilę Apostołowie zbierają się wokół dużego stołu, przy którym spożyją Ostatnią Wieczerzę. Wśród nich Chrystus, grany przez Mundka. Po 26 latach odsiadki próbuje, przy wsparciu Fundacji, odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rozpoczyna się procesja skazanego Chrystusa, która okazuje się pretekstem do przywołania kolejnych historii osadzonych. Odczytują świadectwa własnych upadków i zmartwychwstań. Na VII stacji Mateusz czyta swoje przemyślenia związane z pobytem w Zakładzie Poprawczym w Studzieńcu. Poruszenie wśród procesji wywołuje moment ukrzyżowania Mundka–Chrystusa. Zostaje sznurami przytwierdzony do ramion krzyża, który unosi się powoli w górę. Krzyż zdecydowanie wyrasta ponad głowy zgromadzonych. Historię dopełnia złożenie do grobu. Zaczyna padać deszcz i chłopcy z niecierpliwością zaczynają wypatrywać zmartwychwstania. Kiedy ten wyczekiwany moment w końcu następuje, szybko chronimy się w pod dachem.

Po skończonym spektaklu na wszystkich zmarzniętych czeka już gar żuru z białą kiełbasą, jajka, ciastka. Zapraszam ich potem do rozmowy. Mówią o sobie chętnie, ale ostrożnie. Niekiedy można odnieść wrażenie, jakby opowiadali o losach kogoś innego. Zupełnie tak, jakby przyzwyczaili się do tego, że ich historia jest czymś co może słuchacza zaciekawić i poruszyć. Tylko Adrian nie chce mówić o sobie. Obserwuje i przygląda się temu, co się dzieje. Wydaje się, że swoją opowieść chce zachować dla siebie dotąd, aż upewni się, że druga osoba jest ciekawa jego samego, a nie kolejnego chłopaka z poprawczaka.

– W poczuciu chłopców trudna historia ich życia, bywa czymś najcenniejszym, co mają, czym mogą kogoś zainteresować. Dzięki niej mogą zdobyć uwagę, zainteresowanie, życzliwość, akceptację – wyjaśnia Jacek. – To pragnienie akceptacji jest ogromne i aby je uzyskać są w stanie zrobić bardzo dużo, nawet kosztem siebie. W rozmowie z dorosłym mówią o tym, że chcą się zmieniać i bardzo często to pragnienie wyrasta ze szczerego serca. Wierzę im. Ale wiem też, że za chwilę, aby zdobyć akceptację kolegów będą prowokować, wracać do zachowań niszczących siebie i innych. Pamiętam, jak jeden z chłopców powiedział, że nie może wziąć udziału w misterium, bo jest to dla niego zbyt trudne. Nie był w stanie powstrzymać emocji i płaczu. Myślał o swoich rodzicach i domu za którym tęsknił.
A co na to inni chłopcy? W zakładzie poprawczym, tak jak w więzieniu, jeżeli ktoś płacze, inni odwracają wzrok. W takim środowisku płacz jest zagrażający. I chłopcy i dorośli więźniowie boją się, że mogliby się sami rozpaść i poczuć swoją słabość. A tego boją się najbardziej. W tym środowisku trzeba się trzymać i pokazywać od silnej strony. Nie ma miejsca na łzy czy bezradność.

Najtrudniej jest przyznawać się do uczuć

– Z czym chłopcy mają największe trudności? – zastanawia się na głos Elżbieta Bednarska, jedna ze współpracowników Stowarzyszenia. – Najczęściej związane z najprostszymi rzeczami: załatwieniem sprawy w urzędzie, z pójściem z dziewczyną na randkę, planowaniem spędzania wolnego czasu. Nie mają wzorców. Na początku bałam się, bo wiedziałam, że z nimi trzeba być szczerym i otwartym. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z chłopcami – Grupę Jacka poznałam podczas realizacji projektu „Przystanek Tarnowiecka 55. Były to sześciodniowe warsztaty, które prowadziliśmy w budynku przy ulicy Tarnowieckiej w Warszawie należącym do zakładu. W pierwotnym zamyśle budynek miał być zaadoptowany na hostel dla wychowanków opuszczających Studzieniec. Podczas tego wyjazdu chłopcy ćwiczyli podstawowe umiejętności społeczne: proszenie o pomoc, mówienie o swoich uczuciach, samokontrolę. Zajęcia warsztatowe były połączone z pracami porządkowymi na terenie posesji. Wspólna praca stwarzała wiele okazji do testowania swoich umiejętności w praktyce. Razem sprzątaliśmy, grabiliśmy, malowaliśmy. Kiedy po raz pierwszy ich zobaczyłam, byłam zaskoczona, że są tacy młodzi i tacy zwyczajni. Wyglądają zupełnie normalnie. Od razu ich polubiłam. Dopiero potem poznałam ich historie. Zauważyłam, że ci chłopcy obwiniają się, że zawiedli swoich rodziców, zakładają, że rodzice przestali się nimi interesować i nie przejmują się ich losem. Próbowałam wtedy pokazać im perspektywę rodziców – jak oni mogą widzieć ich i swoją sytuację, i co mogą czuć z tego powodu. Dzieliłam się z nimi swoimi przeżyciami z dorastania mojego syna, kiedy doświadczał różnych trudności. Uruchomili we mnie dużo matczynej miłości. To chyba dlatego, że im tego bardzo brakuje i bardzo za tym tęsknią. Ale nie chcą się do tego przyznawać. Nie chcą czuć tej bezradności, strachu, opuszczenia. Nakładają na siebie skorupę. Pokazują że są twardzi.

Jan (wychowanek) swoją historię związaną z zakładem zaczyna od słów – Do Studzieńca trafiłem przez głupotę. Na początku byłem w domu dziecka, później trafiłem do rodziny zastępczej. W rodzinie zastępczej nie chciałem być, choć dawali mi wszystko i miałem pełną opiekę. Trafiłem z powrotem do domu dziecka, bo dowiedziałem się, że tam jest moja siostra, której nie znałem. Jako małe dziecko zostałem zabrany do rodziny zastępczej. Nie chodziłem do szkoły. Kradłem. Trafiłem do schroniska. Za kradzieże dostałem wyrok do zakładu poprawczego. – A skąd te zdolności sceniczne? – pytam, bo Jan dał jakiś czas temu świetny popis swoich zdolności scenicznych podczas imprezy zorganizowanej z okazji Dnia Kobiet. – A to od młodego chodziłem z siostrami i braćmi na dyskoteki i to od nich podłapałem – odpowiada z błyskiem w oku. – U nas w domu zawsze słuchało się disco polo. Oglądałem teledyski i chciałem być tacy jak oni. Próbowałem, ćwiczyłem.

Jan ma za sobą historię, z którą nie jest prosto zaczynać dorosłe życie. Mama jest uzależniona od alkoholu. Tato, jak mówi, zapił się na śmierć. Ma siedmioro rodzeństwa. Kiedy podczas przepustki chciał zostać w domu, powiedziano mu, żeby wracał, bo nie ma go kto utrzymywać. A on tak bardzo chciał zostać, że wyrwał kobiecie torebkę. Traf chciał, że było w niej 3 tys. euro. – Gdy jest się na wolności taka klapka się załącza, że jest się wolnym człowiekiem i nie chce się wracać do zakładu – tłumaczy swoje zachowanie Jan i dodaje – Człowiek jak jest w zakładzie, to myśli, że chcą dla niego źle, a sąd mnie skierował, bo tak mu się podobało. Ale tak naprawdę niektórzy mają tu lepiej niż na wolności. Bez względu na wszystko za mamą przecież tęskni się najbardziej. Mama miała do mnie przyjechać, strażnicy czekali na nią na dworcu, ale nie przyjechała. Cały czas wierzę, że ona przyjedzie. Trzeba sobie jakoś życie układać samemu. Prawda? – pyta niemal retorycznie.

Wcale nie prostszą historię nosi w sobie Brajan [pisownia oryginalna – przyp. red.]. Zaczyna ją i kończy, przytaczając suche i konkretne fakty. – Do zakładu trafiłem ze schroniska. Miałem 14 lat jak umieszczono mnie w domu dziecka, przez to, że nie chodziłem do szkoły. Mamie ograniczono prawa i nie dawała sobie rady. Ojca nie mam. Nie żyje od 14 lat. W domu dziecka byłem dwa lata. Uciekłem. Później trafiłem do młodzieżowego ośrodka szkolno-wychowawczego. Też uciekłem. Trafiłem do drugiego ośrodka. Znowu uciekłem. Kradłem. Piłem bardzo dużo. Jak miałem problemy to piłem. Nie miałem problemów, też piłem. Potrzebowałem pieniędzy. Chcąc kogoś okraść musiałem się liczyć z tym, że musiałem mu zrobić krzywdę, nastraszyć. Ukrywałem się długo przed policją. W końcu nie złapali. Dostałem się do schroniska dla nieletnich. Już nie chciałem uciekać, bo stwierdziłem że to się nie opłaca, bo będę musiał znowu się ukrywać, uciekać przed policją i oglądać się za siebie. Miałem sprawę w sądzie za kradzież. Dostałem wyrok: zakład poprawczy. Jestem tu już ponad półtora roku. Stąd też mam ucieczki, ale szczerze mówiąc to nie ma sensu. Zostało mi 11 miesięcy. Mam prawo do warunkowego zwolnienia, ale nie chcę, bo nawet jeżeli wyjdę to będę musiał bardzo uważać. Jeżeli coś zrobię, wrócę tu z powrotem.

Nie trudno zauważyć, że chłopcy traktują Jacka jak ojca, którego im brakowało i cały czas brakuje. To taki ojciec, który kocha twardą miłością. Jacek to potwierdza sięgając do początków swojej pracy w zakładzie. – „Zdarzało się, że mówili o mnie ojciec, tato, teściu (a to w kontekście zalotów do mojej nastoletniej córki). Na początku myślałem, że to żart, ale mimo wszystko źle się z tym czułem. Bo to nie jest przecież prawda. Ja mówię o nich dzieciaki, choć metrykalnie są dorośli. Mają przecież po 18, 20 lat. Są dorośli w swoim świecie, w którym jest przemoc, agresja, alkohol. Musieli szybko dorosnąć. Pogubili jednak świat wartości, które ma zdrowy człowiek. Nie odnajdują się w rzeczywistości. Mają problemy z wyrażaniem uczuć, z nawiązywaniem relacji. Potrafią godzinami rozmawiać o życiu w zakładzie, o piciu alkoholu. Ale gubią się, kiedy przychodzi im na przykład rozmawiać z dziewczyną o filmie. Swoje uczucia, zaangażowanie pokażą w ten sposób, że dołożą chłopakowi, który okaże zainteresowanie ich dziewczynie. Są twardzi w swoim środowisku. W zwykłym świecie są jak dzieciaki – jest im bardzo trudno sobie w nim poradzić.

Grunt to szukać tego, co dobre

Zdaniem Jacka dostrzeganie potencjału chłopców to podstawa tej pracy. Jak ktoś się obsunie to potrafię powiedzieć: fajny jesteś a zachowujesz się tak głupio. O co chodzi? Jeżeli zaczynają się wstydzić, dla mnie to oznacza początek sukcesu. Bo to znaczy, że czują, że mają jednak w sobie coś dobrego. Mamy wtedy szansę na pracę i zmianę. Jeżeli ktoś inny w nich wierzy wtedy zaczynają się przekonywać, że jest o co walczyć. Jest sens się starać. Możliwość utrzymania w sobie dobra wymaga jednak ciągłego pielęgnowania. Któregoś dnia po wyjściu z zakładu zadzwonił do Jacka Bryan. Siedząc na komisariacie policji jako świadek poczuł, że musi się, mimo wszystko, upewnić: – Panie Jacku, nie wiem, czy jestem bohaterem czy jestem frajerem? Jeden facet zaczął w parku bić kobietę. Zadzwoniłem po policję.
– Wcześniej rzuciłby się na tamtego mężczyznę. – dopowiada Jacek – Co miałem mu powiedzieć? Prawdę. Moim zdaniem jest bohaterem.

Chłopakom bardzo trudno jest odnaleźć w zwykłym życiu po wyjściu z zakładu – zwracają uwagę zarówno członkowie Stowarzyszenia Start Q, jak i dyrektor zakładu. Nie chodzi tu o zapomogi, zasiłki. Chodzi o to, żeby ich aktywizować, pomagać w znalezieniu pracy, zmianie środowiska. Nie mamy żadnego systemu pomocy dla tych młodych ludzi. A oni potrzebują wsparcia w budowaniu swojego życia na nowo – przekonuje Jacek. Obecnie szuka miejsca i środków na uruchomienie hostelu, w którym wychowankowie zakładu mogliby się do tego nowego początku dobrze przygotować. – Przed nami jeszcze bardzo dużo pracy – podsumowuje Jacek.

Bardzo dziękuję za rozmowę dyrektorowi Zakładu Poprawczego w Studzieńcu Andrzejowi Zakrzewskiemu, Jackowi Kaczmarczykowi i Elżbiecie Bednarskiej ze Stowarzyszenia Start Q oraz chłopcom z „grupy pana Jacka”.


Zakład Poprawczy w Studzieńcu to nie tylko resocjalizacja w wąskim rozumieniu. Młodzi ludzie uczą się tu pracy, chodzą do szkoły i poznają obowiązki codziennego życia. W czasie pobytu w placówce korzystają z atrakcyjnych form pracy kulturalnej, wyjeżdżają na wycieczki do kina i teatru, biorą udział w imprezach kulturalnych i sportowych w otwartym środowisku.

Zakład Poprawczy w Studzieńcu to nowoczesna placówka resocjalizacyjna. To jedyna tego typu placówka na świecie posiadająca własny kościół, stadninę konną i jedyny zakład w Polsce nie ogrodzony kolczastym drutem. System wychowawczy opiera się tu na szacunku do wychowanków i zrozumieniu ich. Na terenie zakładu funkcjonuje gimnazjum i zasadnicza szkoła zawodowa. Zarówno pobyt, jak i nauka w zakładzie nie pozostawiają śladu w życiorysie, nie stanowią więc przeszkody w rozpoczęciu nowego życia po opuszczeniu Studzieńca. Oprócz nauki w szkole nieletni uczestniczą w warsztatach szkoleniowych, przygotowujących do zawodu stolarza, ślusarza, ogrodnika, malarza, tapeciarza, jak również kucharza małej gastronomii. Praktykę zdobywają w warsztatach szkolnych pracując m.in. w kuchni, przy remontach obiektów zakładowych, w stolarni przy produkcji mebli. Młodzi stolarze wykonują meble nie tylko do wnętrz budynków zakładu, ale również na potrzeby sądów, innych jednostek budżetowych, jak i osób prywatnych. Za pracę otrzymują wynagrodzenie, co ich motywuje i uczy samodzielności. Zakład zapewnia wychowankom pomoc psychologiczną i pedagogiczną w formie indywidualnych oddziaływań terapeutycznych nastawionych m.in. na rozwiązywanie aktualnych problemów osobistych. Praca prowadzona jest w konwencji poznawczo-behawioralnej, terapii skoncentrowanej na rozwiązaniu, terapii Gestalt, racjonalnej terapii zachowań. Prowadzone są także grupowe oddziaływania terapeutyczne jak m.in.: socjoterapia, zajęcia profilaktyczne, trening zastępowania agresji, trening empatii, trening wnioskowania moralnego. Udziela się także pomocy wychowankom w załatwianiu ich spraw wymagających kontaktu z instytucjami środowiskowym, osobami funkcyjnymi, w tym instytucjami edukacyjnymi. Pomaga w poszukiwaniu szkoły na zewnątrz placówki, kursów zawodowych. W procesie wychowania i psychokorekcji Zakład współpracuje z rodzinami i opiekunami prawnymi wychowanków. Organizuje się również zebrania rodziców, których celem jest nie tylko udzielenie informacji o postępowaniu wychowanka, ale również pedagogizacja rodziców.

Praca wychowawcza w zakładzie liczącym obecnie 78 wychowanków prowadzona jest zarówno w internacie, szkole jak i warsztatach szkoleniowych. W placówce funkcjonują szkoły 3 -letnie gimnazjum i 2-letnia szkoła zawodowa, w których realizowane są programy szkół publicznych.

Autorka wywiadu jest filologiem polskim, psychologiem i psychoterapeutą.

Opublikowano za zgodą ETOH Fundacji Rozwoju Profilaktyki, Edukacji i Terapii Problemów Alkoholowych.
Publikacja pierwotna: miesięcznik „Remedium” nr 8/2013.