W zdrowym ciele – zdrowe społeczeństwo

Wywiad z Marcinem Tylmanem, członkiem Nadwiślańskiego Stowarzyszenia „Aktywni” w Nowem. Rozmawiała Elżbieta Szadura-Urbańska.

Zaczęło się ponad dwadzieścia lat temu od fascynacji sztukami walki i organizacji zajęć dla młodzieży. Potem do waszej grupy – a może wy do nich – dołączyła grupa paralotniarzy.
Nasze stowarzyszenie nie powstało z żadnej innej przyczyny jak tylko z potrzeby, i tak powinny powstawać stowarzyszenia. Była potrzeba po stronie dwóch nieformalnych kół zainteresowań, dwóch sekcji sportowych, ludzi uprawiających dalekowschodnie sztuki walki i ludzi, którzy zaczęli uprawiać paralotniarstwo. Nazwa stowarzyszenia „Aktywni” może wydawać się nijaka, może się nie za bardzo podobać, ale oddaje sedno sprawy, nasze intencje – chcemy działać dla siebie i dla innych, jesteśmy po prostu aktywni. Z czasem aktywność stowarzyszenia zaczęła obejmować również inne obszary.
Uprawianie sportu to niewątpliwie dobra droga przeciwdziałania uzależnieniom.
Wprawdzie nie przystępowaliśmy do działania ze świadomością, że chcemy realizować taką misję, ale tak w rzeczywistości trochę się zadziało. Jak pewnie wiesz, zawodowo zajmuję się polityką społeczną, pracuję w pomocy społecznej. Ta systemowa robota w miejscowym ośrodku wydawała mi się zawsze dość jałowa i mechaniczna. Wpadliśmy na pomysł, że takie aktywne uprawianie sportu, powiedzmy sobie szczerze na takim „końcu świata” może też mieć wydźwięk terapeutyczny.
Z wykształcenia jesteś pracownikiem socjalnym?
Tak, ukończyłem świetną szkołę dla pracowników służb społecznych, douczyłem się jeszcze trochę tu i ówdzie, no i jestem! Nie pytaj jednak, czy jestem dobrym pracownikiem socjalnym. Najpewniej połowa moich podopiecznych zdecydowanie zaprzeczyłaby tej tezie. Myślę, że wynika to z konsekwencji pracy, którą staram się wykonywać oraz z innych moich życiowych zainteresowań, w których konsekwencja jest istotnym napędem. Na przykład uprawiania dalekowschodnich sztuk walki, czy latania na kawałku materiału dwa kilometry nad ziemią.
Powróćmy do profilaktyki w wydaniu stowarzyszenia „Aktywni”.
Tak jak powiedziałem, pierwotnie nie była ona misją stowarzyszenia. To wartość dodana naszych działań. Po dwóch, a może po trzech latach działań sekcji paralotniowej dołączył do nas starszy, świetny kolega. Pewnego dnia przyszedł do nas z paralotnią na górkę. „Gadu –gadu” i po jakimś czasie się okazało, że jest on trzeźwy alkoholik i dla niego to właśnie latanie było terapią. To był budujący przykład gościa, który chlał wszystko i wszędzie i w końcu się pozbierał. Można nawet powiedzieć, że zamienił picie na paralotniarstwo. Jedno szaleństwo, na inne (śmiech).
Więc jeżeli paralotniarstwo ułatwia wyjście z nałogu, to również pozwoli uniknąć uzależnień.
Tu jest taka prosta logika: jak coś robię, w coś się angażuję to nie kombinuję, nie szukam sobie kolegów do picia, nie tracę tego czasu bezsensownie. Mówię raczej o piciu, bo w naszym środowisku głównie to stanowi zagrożenie, nałóg alkoholowy. Sprawa nie dotyczy zresztą tylko młodzieży. Widzę po składach osobowych naszych sekcji sportowych, a mamy już teraz cztery – doszła również siatkówka i koszykówka. Ta ostatnia to taka sekcja seniorska, starsi panowie którym sprawia satysfakcję, że mogą sami grać, a nie tylko oglądać NBA w telewizji. Mamy też takie osoby, które zaczęły uprawiać sport wyczynowo, i to niekoniecznie są ludzie młodzi, ci w ogóle nie myślą o piciu, bo mają najpierw jedne potem drugie zawody, czas regularnych przygotowań, po prostu pasję dla której warto żyć.
Nadwiślańskie Stowarzyszenie Aktywni promuje zdrowy styl życia, krzewi ideę zdrowego społeczeństwa. Społeczeństwo zdrowe czyli jakie?
My bardziej posługujemy się kategorią świadomego i odpowiedzialnego społeczeństwa. Zdrowego, w sensie fizycznym również i to było pierwotnie podstawą naszej działalności z tym, że to ciągle ewoluuje, cały czas się rozwijamy. Społeczeństwo świadome po pierwsze własnej wartości. To w stowarzyszeniu zawsze bardzo mocno podkreślamy. Ważny jest każdy człowiek, jego potrzeby, zainteresowania. Podchodzimy do tego niezmiernie poważne. Dzięki temu łatwiej podejmować wspólne działania, osiągać efekty, które przekładają się na całą społeczność. Sukces nie bierze się tak „ad hoc”, ale stanowi wysiłek poszczególnych jednostek. To rodzaj miejscowej synergii.
Kwintesencją jest zajmowanie się czymś – nie chcę powiedzieć czymkolwiek, bo może źle to brzmi – ciekawym, spędzanie czasu wolnego z sensem, realizowanie własnych pomysłów i otrzymywanie wsparcia grupy. To jest podstawą zdrowego społeczeństwa – relacje: przyjacielskie, towarzyskie, sąsiedzkie itp. Jeśli ktoś interesuje się sportem, kulturą wysoką, turystyką, animacją lokalną – staramy się takie osoby wspierać w działaniu poprzez wspólną realizację różnego rodzaju przedsięwzięć.
No właśnie, organizujecie koncerty Bacha, Haendela. Stowarzyszenie stara się ułatwiać dostęp do sztuki, oferując między innymi takie propozycje.
Zaczęło się od tego, że, ktoś chciał zorganizować taki koncert, a my mówimy ok. Pomożemy napisać projekt, pomożemy przyjść ustawić ławki i włączyć światło, ale pamiętaj, to ty jesteś mózgiem całego przedsięwzięcia. Jeden z naszych kolegów interesuje się sztuką powiedzmy wysoką, ma wiedzę, ma znajomości i pomyśleliśmy sobie dlaczego nie moglibyśmy tego pokazać ludziom w Nowem. Tak się zadziało, jeżeli chodzi o sektor kultury.
Innym razem przyszli ludzie uprawiający siatkówkę plażową…
Jakoś na wiosnę 2008 roku zjawia się u nas grupa młodych ludzi, mówi, że gra w siatkówkę ale gdzieś u siebie na osiedlu. Przychodzą i mówią: chcielibyśmy się do was przyłączyć, zrobić turniej powiedzmy miejski czy wiejski. Jeden z członków stowarzyszenia zaproponował: dlaczego mamy robić turniej lokalny, róbmy coś na większą skalę. Ten człowiek jest przedsiębiorcą bywającym w szerokim świecie. Wyłożył pieniądze na nagrody i zaczęło się kręcić. W 2014 roku „Iwasieczno Cup” (od nazwiska sponsora) było już imprezą ogólnopolską – zjechali się ludzie z Poznania z Warszawy, z Gdańska i innych ośrodków. Przyjeżdżają zawodnicy pierwszoligowych składów, a nam znów to procentuje – jesteśmy rozpoznawani w środowisku, a dla mieszkańców jest to znów ciekawe wydarzenie. Wyobrażasz sobie najlepszych krajowych zawodników na miejscowej – co prawda pięknie zrewitalizowanej – plaży naszego małego miejskiego jeziorka?
W Nowem są siatkarze?
Do zeszłego roku graliśmy w trzeciej lidze i to był dla nas sukces. Potem zawodników nam podebrano do innych klubów, jak to w Polsce… rządzi kasa. Ale my mamy misję taką, że się sportem bawimy, nie robimy jakiegoś piłkarskiego pokera, nie naciskaliśmy na trenerów. Zmieniliśmy priorytety i dziś szkolimy młodych, bez tej całej „maniany biznesowej”. Za trzy – cztery lata wrócimy pewnie do trzeciej ligi, a jak nie, to też się nic nie stanie. Sukcesy przychodzą, ale bez ciśnienia. W mojej grupie – a trenuję karate, są mistrzowie Polski i Europy, w sekcji paralotniowej kolega w 2013 był siódmy na świecie, ten sam zajął w 2014 roku pierwsze miejsce w Polskiej Lidze Paralotniowej, nasz klub drużynowo był trzeci. Sport, kultura, to jedno, ale podstawą są spotkania ludzi, z nich wynikają różne inicjatywy. Z naszych nieformalnych spotkań, przy jesiennym smażeniu powideł śliwkowych powstał też inny pomysł.
Powidła z Nowego to już marka.
Otóż znów jest pewna pasja ale też nostalgia. Pamiętam z dzieciństwa, ale bardzo dawnego, kiedy to moja babcia miała ogród i zawsze we wrześniu smażono w kotle kuprowym śliwki i to był taki smak… Inni też mieli takie wspomnienia. Udało się załatwić najpierw jeden kocioł kuprowy, potem drugi…, no i się zaczęło dziać!
Co powiedziałeś „kuprowy”?
Tak, to tradycyjny kocioł, wykonany ze specjalnego stopu miedzi. Takie naczynia można spotkać głównie w tym rejonie Polski, gdzie w Dolinie Dolnej Wisły słynącej z tradycyjnych upraw sadowniczych, smażono powidła oraz musy jabłkowe. Raz spróbowaliśmy zrobić takie powidła w ogrodzie. I wyobraź sobie udało nam się ten smak odtworzyć. Pomyśleliśmy fajnie. I narodził się pomysł, żeby to pokazać innym.
I znów „zakręciliście” kolejną grupę ludzi do wspólnego działania.
Zaczęło się od małych imprez, otoczyliśmy to przedsięwzięcie różnymi „regionaliami”. Prezentacjami lokalnych wytwórców, występami artystów ludowych. Teraz jest to jedna z kilku cyklicznych imprez, która promuje tę kulturę i ten region i jest to też przestrzeń, gdzie można się spotkać. Dla nas, jeszcze raz to podkreślę, najważniejsza jest możliwość spotkania, wymiany pomysłów. Każdy z mieszkańców Nowego może tu przyjść. Ktoś kto ma pieniądze może sobie coś kupić. Dla tego który kasy nie ma, zawsze znajdzie się jakiś „gratis”. Jest ta więź między nami, ludziom się to podoba. Ludzie chcą takich spotkań. Idea jest taka, aby wzmacniać więzi międzyludzkie. My sobie mówimy, że stwarzamy możliwości rozwoju mieszkańców, w różnych obszarach i na różnych poziomach. Człowiek, który pójdzie na jeden koncert, czy na święto śliwki, posłucha muzyki, czy złapie za „bociana” zamiesza w kotle, posmakuje powideł – on już jest w jakimś obszarze pełniejszy. Kiedyś ludzie sobie chętnie pomagali, tak po sąsiedzku. Nie było do pomyślenia, szczególnie na wsi, że komuś dzieje się krzywda i nikt na to uwagi nie zwraca. Była taka moralna powinność międzyludzkiego wsparcia. To się nam gdzieś zgubiło i w obecnych czasach żyjemy sami sobie, nic tylko gromadzimy wokół siebie przedmioty. Naszymi działaniami, spotkaniami z ludźmi próbujemy odczarować tą słabą społecznie sytuację. Cieszy nas, że mamy wielu sprzymierzeńców takich działań w lokalnym środowisku.
Stwierdzenie „działaj lokalnie, myśl globalnie”, bardzo pasuje do waszego stylu aktywności. Jednak w swoich działaniach nie ograniczacie się tylko do Nowego?
Tak na marginesie – Nowe to bardzo stare miasto, od 1226 roku na prawach miejskich, tak więc jest starsze od Warszawy. Kiedyś działaliśmy tylko lokalnie, ale teraz też regionalnie, a niekiedy nawet w skali ogólnopolskiej czy międzynarodowej. Było nie było, organizowaliśmy w tym roku mistrzostwa Europy w sztukach walki. Przyjechali ludzie z całej Europy i się dziwili jak to jest możliwe – wielka impreza w małej miejscowości. Możliwe, bo potrafimy działać w partnerstwach. Taka impreza w gruncie rzeczy sportowa, taka jakich w Warszawie jest wiele, ale w takim Nowem nigdy nic takiego się nie odbyło i miała naprawdę duże znaczenie integrujące. Powiedziałbym, że to była „petarda”. Wyobraź sobie dwa dni z wypełnioną po brzegi widownią! Impreza przyciągnęła też sponsorów, bez większego problemu pozyskaliśmy odpowiednie środki. Udało się to też dlatego, że stowarzyszenie Aktywni jest w wielu organizacjach sieciowych, między innymi IMAF Polska i to Federacja dostała zadanie od zarządu europejskiego zorganizowania w Polsce zawodów międzynarodowych. Myśmy wykorzystali nadarzającą się okazję, aplikowaliśmy do konkursu ogłoszonego przez Federację. Nie udałoby się jednak, gdyby nie współpraca z samorządem. Nowo pobudowana hala sportowa jest własnością samorządu. Obie strony: lokalna władza i my potrafimy ze sobą współpracować. To by się z kolei nie zadziało, gdybyśmy wcześniej, cztery lata temu, nie skorzystali z obywatelskiego prawa i nie podjęli próby zmiany istniejącego układu władzy samorządowej. Nie mieliśmy w tym żadnych prywatnych interesów tylko poczucie dobra wspólnego. To dla nas imperatyw kategoryczny dla przyszłych naszych działań skierowanych na zmianę jakościową otaczającej nas rzeczywistości.
Jakie plany na najbliższy rok?
Teraz zastałaś mnie dosłownie na kolanach, przy końcowych pracach wykańczania naszego biura. Wcześniej nie mieliśmy potrzeby takiego lokalu. Teraz chcemy prowadzić biuro rachunkowe, bo tak rozpoznaliśmy potrzeby lokalnego rynku. Zarabiamy pieniądze, bo mamy świadomość, że niezależność finansowa służy rozwojowi naszej organizacji ale również sprawia, że jesteśmy liczącym się partnerem z trzeciego sektora zarówno dla samorządu jak i biznesu.

Dziękuję za rozmowę