W poszukiwaniu ojca

Rozmowa z Januszem Sukiennikiem – specjalistą ds. projektów społecznych w Caritas Polska, autorem programu wychodzenia z bezdomności i uzależnień „Damy radę!”.


Jak prowadzić trzeźwe życie po terapii? Jak nie wrócić do nałogu?
Do każdego człowieka jest jakiś inny klucz, ale wszyscy też mamy wspólny klucz. Ja nie mogę nie odwoływać się do chrześcijańskich fundamentów widzenia drugiego człowieka, do całej tajemnicy życia, bez tego się słabo poruszam po tym świecie. Jak dobrze zinterpretuję całą istotę chrześcijaństwa, to tam znajdę odpowiedź na większość pytań. A to pytanie jest bardzo trudne. Jeśli nie zauważymy przechodzącego z pokolenia na pokolenie problemu, który musi zostać gdzieś zatrzymany, nie uporamy się z własnymi ograniczeniami. Nazywam to przekazywaniem genotypu. W przypadku chłopaków, czy mężczyzn kluczem jest ojciec, który może uzbroić go na dalsze życie. Ojciec wyposaża syna – powinien w każdym razie – w pewną siłę wewnętrzną, odporność, porządek wewnętrzny, który nie każe mu na oślep zmagać się ze wszystkim na prawo i lewo, udowadniać sobie i innym, że jest kimś innym niż jest. Ale ten ojciec może przekazać również wszystkie problemy, które odziedziczył od swojego ojca, dziadków i pradziadków. Cała historia, wszystkie te girlandy rodzinne mogą się pojawić w przypadku osoby uzależnionej, czy też takiej która pozornie już uporała się z nałogiem. Kościół, nie tylko katolicki, stosuje tu metody uzdrowienia międzypokoleniowego. To są już poważne interwencje: modlitwy i zabiegi egzorcystyczne, żeby odciąć te negatywne, czasami demoniczne wręcz obciążenia. Dzień dzisiejszy pozostaje jednak w dużej mierze w naszych rękach…
Wykorzystujecie też ustawienia hellingerowskie?
Są bardzo poważne zastrzeżenia co do tej metody, ale nie będę się tutaj wypowiadał w tej kwestii. Natomiast chcę podkreślić, że aby zatrzymać ten pochód: problemów, zła, słabości, a zwłaszcza złych skłonności, to musi się coś ważnego w życiu człowieka zdarzyć.
Trzeba czegoś więcej niż odnalezienie się w biegach maratońskich, podróżach czy np. wędkowaniu?
Trzeba głębszego poczucia sensu życia. Trzeba odszukać swoją tożsamość. Łatwo powiedzieć, prawda? Można to zrobić, to może zabrzmieć trochę trywialnie – przede wszystkim trzeba zrozumieć i bez lęku zaakceptować ten stan, w którym się jest i znaleźć środowisko, w którym przyjdzie się z nim zmierzyć. Nie mówię tu nic odkrywczego.
W programie „Damy radę!” prowadzisz mężczyzn, którzy już nie piją, nie zażywają narkotyków, nierzadko mają pracę, ale ciągle stoją w tzw. blokach startowych. Czego im brakuje?
Oni ciągną za sobą wielki lęk. To jest ten lęk, ogólnie można powiedzieć, przed życiem. Oni zazwyczaj mają problemy ze swoimi ojcami, którzy często byli alkoholikami. Nie byli obecni w ich życiu i nie przygotowali ich do życia w pozytywny sposób, nie wystrzelili tej strzały z łuku. Syn musi być przez ojca, to oczywiście metafora, wystrzelony.
Często używasz tego porównania łuku i strzały. Nie kojarzy się to z łagodnością.
No właśnie, relacja między łukiem, a strzałą wcale nie musi być łagodna. Tam jest jakieś napięcie, jakieś tarcie, tam jest dynamika, ale też coś, co daje siłę, moc. Wiemy, że między synami, a ojcami – gdzieś tak około 13 – 25 rokiem życia synów – jest ostro. Jeśli wówczas zabraknie mądrego prowadzenia przez ojca musi je coś zastąpić. Pojawiają się problemy, słyszymy krzyk rozpaczy. Na początku może to być poszukiwanie jakiegoś znieczulenia, poszukiwanie akceptacji wśród grupy rówieśniczej. I to się zwykle tak kończy, że tworzą się grupy, których członkowie próbując się wspierać działają na siebie destrukcyjnie. Cały nasz program zbudowany jest na myśli, że jakieś elementy utraconego ojcostwa można odbudować poprzez wspólnotę, poprzez empatyczną i wymagającą grupę.
Czy Twoim zadaniem w tej społeczności jest odgrywanie roli zastępczego ojca?
Oni niewątpliwie szukają ojca. Każdy mężczyzna do końca życia szuka ojca. Jest to bardzo niewdzięczna rola, dla człowieka, który decyduje się pracować z takim zespołem. Myślę oczywiście o terapeutach wykazujących duże zaangażowanie i wychodzących z terapeutycznych schematów. Ja terapeutą nie jestem i nie biorę czynnego udziału w spotkaniach stricte terapeutycznych, ale i tak często spada na mnie deszcz „odłamków”. Dlatego, że ich gniew, agresja, bywają ogromne. Gniew wymierzony przeciwko ojcu, który ich zdewastował fizycznie i psychicznie, albo zwyczajnie był nieobecny w ich życiu. Terapeuta wchodzi w tę relację, którą oni chcieliby mieć z ojcem. Ale najpierw oznacza to, że oni cały ten gniew wyrzucają na nas. Im bardziej się staramy tym bardziej dostajemy. Tak powoli oczyszcza się ten zespół, nasze relacje, no i sami przy okazji przechodzimy jakiś proces uzdrawiania własnego ojcostwa.
Jednak to grupa jest najważniejsza.
Rzeczywiście, obok terapeuty przewodnika, najważniejsza jest grupa. W społeczności takiej jak „Damy radę” zachodzą procesy grupowe, a nieraz rodzinne. I tam wspólnota obnaża wszystkie nasze kłamstwa, manipulacje, dla osób wierzących jest też najlepszym kierownikiem duchowym. Każda dobra wspólnota powinna być trudna. Wspólnota widzi co się z nami dzieje, czy się rozwijamy, czy idziemy w kierunku wolności, czy też się cofamy, pogrążamy w kolejnej iluzji życiowej. Wspólnota to objawi natychmiast. Męska wspólnota jest wspólnotą twardą, tam jest poczucie wspólnoty rozwinięte w stopniu maksymalnym. Nie każdy to wytrzymuje, nasze spotkania są czasem bardzo trudne – jeśli ktoś przynosi fałsz, natychmiast to wypływa. Oni nie mają litości dla oszukaństwa innych. Na pierwszym spotkaniu można jeszcze coś pograć, ale na drugim, ten kto próbuje coś udawać, już nie wytrzymuje. Szczególnie widoczne jest to w przypadku młodych mężczyzn, którzy przychodzą na pierwsze spotkania kwalifikujące i nie przeszli porządnej terapii uzależnień. A to jest nasz wymóg. Oni ciągle przychodzą z tym, „nie mam w zasadzie problemu z alkoholem”, z tym słynnym – „najwyżej jedno piwo”. I wówczas reszta grupy, a przecież są to eksperci w tej dziedzinie – nieraz przeszli prawdziwe piekło uzależnienia i wychodzenia z nałogu – są dla nich bezlitośni. Mityngi AA, które często przechodzili były dobrym treningiem w tym zrzucaniu z siebie fałszu.
A czy społeczność nie jest w stanie przejąć tej roli ojca?

Społeczności terapeutyczna – a ciągle odwołuję się do społeczności „Damy radę” – nie zastępuje ojca, ale te pierwiastki, które ojciec przekazuje synowi tam się pojawiają, czyli to np. nie oszukujmy się, a jeżeli jeszcze raz mnie oszukasz to będą tego konsekwencje, ale jednocześnie jest tam też uznanie. Wówczas kiedy zasłużysz, swoją postawą, autentycznością, która dla mnie jest oznaką zdrowienia. Podobnie jak umiejętność odczuwania wdzięczności, dziękowania. Był u nas kiedyś taki kandydat do grupy, w której jak już mówiłem, obowiązuje całkowita abstynencja, był milczący, powoli się otwierał, aż pewnego dnia zapił i został wykluczony. To żelazna zasada i nie ma od niej żadnego odwrotu, chociaż niektórym chłopakom wydaje się, że jest gdzieś jakaś szczelina, że można się przecisnąć. Nie ma. Jest za to możliwość ubiegania się o ponowne przyjęcie, po przejściu kilkumiesięcznej „kwarantanny”. On teraz przechodzi pogłębioną terapię, mamy z nim kontakt i na pewno do nas wróci. Dla mnie było bardzo ważne to, że powiedział, iż chce się z grupą pożegnać i podziękować. To był znak zdrowienia. Odpowiadając krótko na pytanie, uważam że społeczeństwo w swojej masie jest teraz tak zagubione, że nie tylko nie jest w stanie nikomu zastąpić ojca, ale samo bardzo potrzebuje ojców dojrzałych i odpowiedzialnych.
Zachętą do udziału w grupie jest możliwość uzyskania mieszkania treningowego.
Tak to jest ta marchewka, która czasem staje się problemem. Ci młodzi mężczyźni, mają na ogół krótką wizję, perspektywę ograniczoną do dnia dzisiejszego, co będzie jutro jest nieważne. To też taka postawa skrzywdzonego dziecka i znów dotykamy braku ojca. Mamy więc mieszkanie treningowe i to jest ta niezwykła atrakcja, bo oni nie mieli zazwyczaj mieszkania.
Był za to jakiś dom dziecka, jakiś zakład poprawczy, więzienie…
Nie zawsze są gotowi, a raczej prawie zawsze nie są gotowi żeby utrzymać się na tym samodzielnym mieszkaniu. Ale dzieje się coś, czego oni do końca nie są świadomi, dla nas jest to widoczne gdzieś w drugim roku trwania tego eksperymentalnego programu, że to mieszkanie schodzi na plan dalszy, ważniejsze jest to co się dzieje w grupie. Oni już tak się zintegrowali, że zaczynają być roszczeniową siłą, której oddech czujemy czasem na plecach. To jest pewien problem, z którym musimy się uporać, ale dla mnie to jednocześnie znak, że po raz pierwszy integrują się wobec czegoś pozytywnego. Oni nie mają lepszych wzorców, bo do tej pory, jeśli byli w jakiejś grupie, to albo złodziejskiej, pijackiej albo innej chaotycznej społeczności. To się gdzieś podświadomie odzywa. My im tłumaczymy, sobie zresztą też, że tworzymy razem grupę interesów, a naszym interesem jest wolność. Kiedy poczujesz się wolny, to te wszystkie atrybuty wolności będziesz w sposób ewolucyjny otrzymywał.
Czy podczas takich rozmów oni literalnie nazywają swoje braki. Mówią o swoich ojcach?
Nie dotykamy tych tematów wprost, bo one generują tak wielki ból, że to powoduje eksplozję. Więc to jest proces, który powoli musi się uzewnętrznić. Prawdziwe uzdrowienie wymaga dotknięcia korzenia, a w korzeniu jest nerw. Nie da się korzenia uzdrowić nie dotykając nerwu, musi trochę boleć i to jest ryzyko. Bardzo ważny jest doradczy zespół terapeutyczny. My mamy zespół naprawdę z wysokiej półki, w dodatku pracujący bezinteresownie. Dlaczego tak dużo ludzi – którzy zdawałoby się wyszli z kryzysu, z bezdomności, przeszli terapię, dostali pracę, mieszkanie – nagle znów ląduje na ulicy. Dlaczego? Bo korzeń – żeby trzymać się metafory – nie został uleczony. Dopiero za jakiś czas to widać. Oznaką sięgania do korzenia, jest to, że w tych 30 – letnich mężczyznach można zobaczyć znów chłopaków 15 – letnich. Chłopaków, którzy nie przeżyli należycie swojego dzieciństwa, bo ojciec ich zawiódł: duchowo, psychicznie. Oni nie przeżyli przygody odkrywania z ojcem świata. W zeszłym roku zorganizowaliśmy na przykład rajd rowerowy, który okazał się niezwykle ważny w odkrywaniu przez nich radości życia w ruchu.
Ale czy w budowaniu dojrzałości potrzebna im jest taka „lajtowość”?
Oni na pewno nie są „lajtowi”, wręcz odwrotnie, oni są zbyt spięci, skuleni. Dlatego jeśli dotkniemy tych wszystkich przyjemnych spraw, które ich ominęły w dzieciństwie uzyskują równowagę. Wracając do rajdu – pojechaliśmy w górę Wisły, zrobiliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski i oni wrócili odprężeni, zachwyceni, że może być po prostu taka chwila beztroski. Oni wypijają pięć kaw do południa i pięć po południu. Myśmy chcieli w to miejsce wprowadzić coś innego, spuścić powietrze, dać szansę doświadczania radości życia. Poszliśmy na przykład na „Skrzypka na dachu” do teatru żydowskiego, byliśmy na „Metrze”. Oni byli w szoku, po raz pierwszy byli w teatrze, zobaczyli przedstawienie z tak piękną muzyką, scenografią, dynamiką i treścią, która dotyka ich życia. To są zawsze wyprawy wspólne, to czego powinni doświadczyć w dzieciństwie. To co ojciec powinien z nimi zrobić. Syna trzeba gdzieś zabrać. A ich ojcowie zabierali ich co najwyżej na piwo. Zabrać też na jakąś, nieraz dramatyczną przygodę, przeżyć razem burzę. Wówczas obecność ojca tworzy parasol. Jeżeli oni tego nie przeżyją, to też nie przekażą tego dzieciom. Nie zatrzyma się na nich ten pochód zła, wątpliwości, niepewności, lęku przed życiem. Głównym celem, to zobaczyliśmy w trakcie programu, jest wyzwolić ich z lęku przed życiem. Nic więcej. To jest to, aby po 15 -20 latach niepicia nie mówili o sobie, że są alkoholikami. Mówimy uważaj, bo masz osłabiony jakiś obszar życia, ale nie wmawiaj sobie, że jesteś alkoholikiem. Wiara czyni cuda, jeżeli tak mocno wmawiasz sobie, że jesteś alkoholikiem no to jesteś. Ja już mam tyle dowodów na to, że męskie słowo ma siłę.
Warunkiem przystąpienia do tej grupy jest przejście terapii, jeśli oczywiście ktoś jej wymagał. Grupa jest przy Caritasie czy od jej uczestników jest wymagane zaangażowanie religijne?
Nie, absolutnie nie, My nie narzucamy niczego, budujemy tylko pewien obszar, na którym można coś pozytywnego z nich wydobyć. Oni mają ogromny potencjał, który pod wpływem sprzyjających warunków ożywia się. Wykluczając niewierzących popełnilibyśmy ogromny błąd, również dlatego, że w tych ludziach, deklarujących często wrogość wobec kościoła, często pali się ogień ukrytej wiary. W nich jest ta tęsknota za wolnością, za rodziną, za kobietą, za Bogiem. Tu przypomnę piramidę potrzeb Maslowa, jeżeli nie zaspokoimy im tych podstawowych potrzeb to co im możemy opowiedzieć? Oni sami dochodzą do wartości i bardzo nas w tym zaskakują.
Dwa lata projektu za wami. Jakie są dowody na to, że teoria „strzały i łuku” działa.
Musiałem zadawalać się małym. To też dobra dla mnie nauka, dlatego, że skala dewastacji człowieka przez alkohol, przez brak ojca, przez poniewierkę na ulicy jest wielka. Warto dostrzegać małe błyski. Dla mnie takim błyskiem była historia Marcina. Ten chłopak przeżywał jakieś niepokoje, nie wiedzieliśmy o co chodzi. Okazało się, że do swojego mieszkania treningowego zaprosił ojca. A mieszka teraz pięknie: w starej kamienicy w dobrej dzielnicy. Wcześniej cała rodzina powiedziała mu, że nic z niego nie będzie, a takie słowa są jakąś formą zabójstwa. Słowo ma siłę. Wylądował w więzieniu, ciągle niespokojny, mówił o tym. Teraz był wyjątkowo pobudzony, aż przyszedł spokojny, z uśmiechem. Co się stało? – ojciec przyjechał. To wszystko narastało, bo ojciec odkładał ten przyjazd. I w końcu przyjechał. To był punkt zwrotny w jego życiu. Ojciec powiedział: synu widzę, że coś zrobiłeś w swoim życiu. Ojciec, który tak naprawdę niewiele mu dał, który zawinił wiele wobec Marcina, ale teraz dał mu to wsparcie, którego oczekiwał. Przez jedno słowo!
Uważasz, że uładzenie relacji z ojcem jest fundamentalne dla zdrowego, dojrzałego życia.
Mam takie doświadczenie, również wynikające z etapu na jakim ja się znajduję w swoim życiu, że ta obecność ojca jest elementarna, podstawowa. I nie odnowimy ani społeczeństwa, ani kościoła, ani polityki jeżeli nie odnowi się męskiej autentyczności. Mężczyzna jest wyposażony w pewne atrybuty, które powinien wypełnić, jeżeli ich nie wypełnia to wszyscy cierpimy. Jeżeli odszukamy tego mężczyznę w sobie – a program „Damy radę!” do tego też aspiruje – zobaczymy swoją godność, swoją siłę. Siłę tę daje zakorzenienie w prawdzie: jestem mężczyzną jestem odpowiedzialny i mam coś do zrobienia. Jeżeli nawet nie jest to coś wielkiego to jest wokół mnie parę osób, które na mnie liczą. Mężczyzny nie odbudujemy jeżeli nie odbudujemy ojca.
Dziękuję za rozmowę