Profilaktyka w kontekście socjologii architektury – cz. VII

Artykuł jest siódmą, ostatnią częścią cyklu poświęconego problematyce profilaktyki w kontekście architektury.
W tym odcinku chciałabym zająć się więzią człowieka z jego przestrzenią w kontekście profilaktyki i działań terapeutycznych.

Ludzie swoich miejsc

Ten nieco przewrotny podtytuł wskazuje na relację, którą zazwyczaj widzimy jako jednokierunkową. Postrzegamy więc ludzi – w tym również siebie samych – jako właścicieli czy użytkowników różnych miejsc. Miejsca do nas należą, poddają się naszym modyfikacjom, są w naszym władaniu. Mamy do nich stosunek emocjonalny, praktyczny, majątkowy i prawny. Słowem: wydaje się nam, że zawiadujemy i miejscami, i naszą z nimi relacją. Nawet wówczas, gdy myślimy o osobach z niższych warstw społecznych, przypisujemy do nich ich miejsca. Wydają się nam one wówczas odpowiednie dla tych ludzi lub nie, niewiele warte, brzydkie, zapuszczone, urządzone bez gustu, ale nadal odzwierciedlające możliwości ich mieszkańców. Czasem te możliwości są tak ograniczone, że brak jest jakiejkolwiek niemal swobody wyboru. Dotyczy to osób, które Andrzej Siciński określał mianem homo egens (człowieka cierpiącego niedostatek, przeciwieństwa homo eligens – człowieka wybierającego)1).

Spróbujmy jednak odwrócić to myślenie. Jak by to wyglądało, gdyby to miejsca nas miały, trzymały w posiadaniu, słowem – gdybyśmy to my byli ludźmi swoich miejsc, a nie odwrotnie? Naturalnie „swoich”, ponieważ obowiązuje wciąż utrzymująca się relacja prawna, która ustawia nas w roli właściciela czy lokatora. Jednak czy również inne aspekty posiadania, jak ten prawny, będą opierały się odwróceniu?

Współczesna socjologia w swoich posthumanistycznych nurtach bada m.in. działania, a nawet presję wywieraną na aktorów społecznych przez miejsca i przedmioty, które jakby „żyją własnym życiem”, zazębiając się z ludzkimi praktykami i mocno je współkształtując. Jak się okazuje, niewielkie przekształcenia przestrzeni (demontaż ławeczki, na której kwitło wiejskie życie towarzyskie, nowy domofon czy automatyczna kasa w supermarkecie) dalece przeorganizowują życie społeczności2). Niektórzy badacze opisują przedmioty i urządzenia w taki sposób, jakby obdarzone były one własną wolą i preferencjami – np. zamrażarka woli pewne rodzaje pożywienia niż inne3). To oczywiście tylko maniera językowa, ale odnosi się ona do ważnej dla nas kwestii. Zauważamy bowiem tym sposobem, że nie tylko my posiadamy miejsca (czy rzeczy), ale także one posiadają nas. Widać to wyraźnie, gdy myślimy o kimś, że jest niewolnikiem swojej „złotej klatki”, którą kompulsywnie sprząta i której strzeże, bądź też o kimś, kto – oddany we władanie za ciasnych butów – strasznie się męczy w tej relacji. Ale warto pamiętać, że nie tylko takie skrajne przypadki oddają nas w posiadanie miejsc i przedmiotów. Rozciąga się ono nad nami w jakiejś mierze właściwie nieustannie, jednakże przez większość czasu jest dla nas po prostu niewidoczne.

Mechanizmy przestrzenne

Mechanizmy, do których się tutaj odwołuję, zakładają istnienie szczególnego rodzaju cielesnych relacji z miejscami i przedmiotami z naszego otoczenia. Relacja ta zwana wcielaniem przestrzeni4) polega w uproszczeniu na tym, że bliskie nam miejsca (przede wszystkim dom) jak gdyby wdrukowują, wpisują się w nasze ciała, a przez to – w nasze praktyki, zachowania, nawet nasze nastroje.
Dom wywołuje w nas zazwyczaj nastrój bezpieczeństwa, szczególne poczucie „swojości”, wyciszenie tego napięcia, które towarzyszy nam w konfrontacjach ze światem zewnętrznym. Ale dom jest wgrany w nasze ciała także w ten sposób, że poruszmy się po nim płynnie i automatycznie, nie zastanawiając się za każdym razem nad tym, którą ręką włączyć światło w łazience, jak otworzyć szybko śmietnik, dokąd spojrzeć, żeby sprawdzić godzinę. Najlepiej jest to widoczne wówczas, gdy usilnie staramy się przypomnieć sobie, czy zamknęliśmy drzwi na klucz. Owe automatyzmy z czasem stają się nieświadome, choć zazwyczaj same z siebie funkcjonują bezbłędnie. Dociera do nas ich bezrefleksyjna układność wówczas, gdy z powodu zmian w mieszkaniu (po remoncie, zmianie wystroju czy składu domowników) lub w nas (np. w wyniku kontuzji, uszkodzenia ciała) owych automatyzmów nie da się już bezwiednie odtwarzać.

W mniejszym stopniu niż dom wcielamy najbliższe czy najczęściej odwiedzane otoczenie. Jest to klatka schodowa, winda, podwórko, ulica, osiedle, miejsca regularnie odwiedzane, także szkoła czy praca. Powiedzieć, że są to przestrzenie po prostu znajome czy oswojone w sensie emocjonalnym czy poznawczym – to dalece za mało. Miejsca te są przez nas wcielane w swojej fizycznej formie, która – by tak rzec obrazowo – prowadzi nas po nich i podsuwa sposoby zachowań, użytkowań, odniesień. Innymi słowy, same miejsca kierują swoimi ludźmi.
Oczywiście nie jest to kwestia czystej materii, układu architektonicznego i wyposażenia. W miejsca wpisane są niezliczone ilości podobnych użyć (po części naszych własnych), podobnie jak w znajdujące się w nich przedmioty. Widać to np. po wgłębieniach wydeptanych w starych, kamiennych schodach, po wyślizganiu rękojeści młotka, po wysiedzeniu fotela. Forma naszych miejsc i rzeczy wpisuje się w nasze ciała w ten sposób, że pasują one już potem do takich właśnie przestrzeni i przedmiotów. Jeżeli np. dziecko wychowywało się w domu z fortepianem, instrument ten jest dla niego czymś normalnym i obchodzi się ono z nim zwyczajnie. Jeśli wychowywało się w rodzinie rolniczej, gdzie musiało doglądać zwierząt hodowlanych i operować narzędziami rolniczymi, będzie miało w tym wprawę i wyćwiczone, adekwatne ruchy. Są to procesy przedrefleksyjne, tzn. nie podlegają pełnej kontroli i modelowaniu; zachowania niejako same „wchodzą w ciało” czy – jak to się potocznie, obrazowo ujmuje – „wchodzą w krew”.

Wcielona przestrzeń a działania profilaktyczne i terapeutyczne

To rozbudowane, teoretyczne przygotowanie było mi potrzebne po to, by w zarysowanym kontekście zobaczyć działania profilaktyczne i terapeutyczne. Jeżeli bowiem przyjmiemy proponowany powyżej tok rozumowania, wówczas nieoczekiwanej istotności nabierze pytanie, gdzie owe działania są realizowane. Odpowiedź na to pytanie zazwyczaj podyktowana jest względami praktycznymi i finansowymi: tam, gdzie nas stać, gdzie mamy dostęp, gdzie udostępniają nam salę za darmo lub półdarmo, gdzie można dojść i dojechać, w naszej siedzibie itd. Gdy jednak pamiętamy, że ludzie należą do swoich miejsc i znajdujących się tam przedmiotów, wówczas widać, że sztuczna w tym sensie, „nie moja” przestrzeń świetlicy czy ośrodka nie wchodzi w aktywną relację w nawykami i praktykami wyzwalanymi przez wcieloną przestrzeń życia codziennego. Inaczej rzecz ujmując, wzory praktyk i zachowań wypracowywane w czasie terapii słabo interferują z tymi, które uruchamiają się w przestrzeni, a raczej uruchamiane są przez przestrzeń życia codziennego.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż dotykam tutaj dobrze zbadanego i dogłębnie opracowanego pola dotyczącego rugowania zachowań ryzykownych metodami pedagogicznymi, psychologicznymi, psychoterapeutycznymi itd. W tę dyskusję ja jednak wcale nie wchodzę, nie podważam jej ani nie próbuję zastąpić. Mój zamysł jest znacznie skromniejszy – chciałabym zwrócić uwagę na szczególnie mnie interesujący aspekt przestrzeni i możliwe implikacje, które z niego dadzą się wyprowadzić. Mogą one stanowić uzupełnienie do wiedzy profilaktycznej, która do tej pory została zgromadzona i opracowana.

Jak więc działają mechanizmy wcielonej przestrzeni w kontekście działań terapeutycznych? Pamiętam, że w jednym z projektów badawczych, w którym brałam udział, respondenci uskarżali się na zgubny wpływ domów rodzinnych czy szerzej – środowisk rodzinnych – na poddawane terapii dzieci. Kiedy już udawało się osiągać jakieś efekty – chodziło o zastępowanie agresji – w miejscu prowadzenia treningu (bywały to świetlice, sale w szkołach, harcówki itd.), podopieczni wracali do domów i „zaczynało się to samo”. Hamowanie agresji i zastępowanie jej jakimiś formami rozładowania sprawdzało się w sztucznej przestrzeni treningowej i… w niej pozostawało. Słowem: wypracowane zachowania wpisywały się w przestrzeń, która użytkowana była przez uczestników treningu być może tylko w tym jednym celu, w tych okolicznościach. W tej przestrzeni mogły one zostać ponownie uruchomione, tam mogły ożyć. Cały skomplikowany schemat nawyków i praktyk domowych, rozpisany na poszczególne miejsca, meble, sprzęty, pozostawał wszakże nienaruszony, zaś dziecko czy młody człowiek, wracając w to środowisko, poddawał się jego milczącemu prowadzeniu.

Rzadko myślimy w ten sposób, że jakieś zachowania przypisane są do miejsc, w których się je wykonuje. A przecież dzieci inaczej siedzą w szkole a inaczej w domu, inna jest ekspresja ich ciał i głosów, inne towarzyszą jej emocje. Nie jest to tylko kwestia towarzystwa, konieczności nauki i obecności nauczycieli, nie jest to też podział ściśle według logiki zadań – szkoła jest do uczenia się, a dom do życia. Wśród wszystkich miejsc, w których bywamy, najbardziej intensywnie wcielony jest dom i to praktyki z nim związane są zarazem najgłębiej wgrane, jak i najmniej uświadamiane oraz widoczne dla samego zainteresowanego. Innymi słowy, wytłumaczone motywy i zależności, a nawet wystudiowane zachowania w przestrzeni treningowej – jakakolwiek by ona nie była – nie mają szans w zderzeniu z nawykową oczywistością domu, gdzie się nie zastanawia, tylko żyje.

Korzyścią, jaką można wyciągnąć z tych spostrzeżeń, byłoby przede wszystkim zwrócenie uwagi na otoczenie życia codziennego młodego człowieka. Chodzi mi tutaj o otoczenie materialne: zabudowę, wygląd miejsc, przyrodę, wyposażenie itd. oraz powpisywane w nie zachowania osób zagrożonych zachowaniami ryzykownymi, a także innych osób, które tam przebywają i w jakiś sposób również są wcielone. Aktywne, nawykowe działanie tych współmieszkańców układające się płynnie z przestrzenią, na której wyryły się ślady takiego właśnie użytkowania, wywołują nieodparty przymus włączenia się w tę grę i respektowania jej zasad. Dopóki działania profilaktyczne, a także terapeutyczne, nie interweniują w ten układ przestrzenno-społeczny z jego bezwiedną powtarzalnością i bezkolizyjną skutecznością, dopóty osoba weń uwikłana narażona będzie na jego przemożne oddziaływanie.

Drogą, która w ramach proponowanej koncepcji wydaje się być realna i skuteczna, jest zarówno ingerencja w warunki przestrzenne, jak i prowadzenie działań profilaktycznych i terapeutycznych w przestrzeni życia codziennego, w powiązaniu z tą przestrzenią i w całym jej społecznym kontekście.

Autorka jest doktorem socjologii, adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim.

Opublikowano za zgodą ETOH Fundacji Rozwoju Profilaktyki, Edukacji i Terapii Problemów Alkoholowych.
Publikacja pierwotna: miesięcznik „Remedium” nr 6/2014.

Przypisy   [ + ]

1. Por. A. Siciński, Styl życia, kultura, wybór, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2002.
2. Por. np. M. Jewdokimow, Zmiany społecznych praktyk zamieszkiwania, Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2011, s. 58 passim.
3. R. Hitchings, At Home with Someone Non-human, “Home Cultures”, Vol. 1, Nr. 2, 2004, s. 169–186.
4. Por. Jean-Claude Kaufmann, Ego. Socjologia jednostki. Inna wizja człowieka i konstrukcji podmiotu, tłum. K. Wakar, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2004.