Profilaktyka w kontekście socjologii architektury – cz. V

Artykuł jest piątą częścią cyklu poświęconego problematyce profilaktyki w kontekście architektury, w której kontynuuję ten temat w kontekście sił i czynników kształtujących przestrzeń.

Jak pisałam w poprzedniej części, rewitalizacja przestrzeni publicznych może być w kontekście profilaktyki nawet przeciwskuteczna. Może generować problemy społeczne spowodowane frustracją i odrzuceniem przez zrewitalizowaną przestrzeń dotychczasowych mieszkańców, odczuwających dotkliwą utratę „swojej” przestrzeni na rzecz wyższych klas społecznych, elit, które im ją „odebrały”, „zawłaszczyły” i „przerobiły” według własnych a niezrozumiałych parametrów estetycznych.

Rewitalizacja – ale w czyim interesie i dla kogo?

Pytanie, które warto sobie zadać przy rewitalizacji, brzmi: jak będą wyglądać użytkownicy tej przestrzeni, a w dalszej kolejności – co mają oni w tym miejscu robić? Trzeba to sobie wyobrazić, przystępując do projektów zmian. Wówczas w planowaniu nie wychodzi się od projektowania wizualnego efektu docelowego oraz abstrakcyjnych funkcjonalności, jakie ma on spełniać (które przecież nie są zawieszone w próżni społecznej – ktoś chodzi po tych ulicach, siada na tych ławkach, patrzy z okna na te panoramy), ale od tego, co z ludźmi, którzy tutaj teraz mieszkają albo w jakimś celu przychodzą.
Czy będą to robić nadal? Co dla nich się zmieni? Czy będą w stanie tę zmianę zaakceptować i oswoić? Czy ta zmieniona przestrzeń nadal będzie ich akceptowała?

Zanim jednak zastanowimy się nad tym, jakie parametry należy uwzględniać przy planowaniu przestrzennym, sprawdźmy, kto tym planowaniem w praktyce się zajmuje i jakie prowadzą go przekonania.

Kto tworzy przestrzenie publiczne?

Ten kierunek poszukiwań warto skonfrontować z czynnikami wpływającymi na kształt przestrzeni publicznych (choć nie tylko – prywatnych, w mniejszym zakresie, również).
Pierwszym z tych czynników jest sama definicja zawodu architekta, profil jego edukacji i zadania, jakie on sam i jego zawodowe otoczenie przed nim stawia. Interesujące badania Davida Kuchenbucha pokazują, jak same środowiska architektów, w kontekście dominujących prądów ideologicznych, politycznych czy, szerzej, światopoglądowych, definiowały swoją rolę społeczną w pierwszej połowie XX w. Metafory, które miały oddawać umiejscowienie architekta w społeczeństwie (a raczej ponad nim) odwoływały się np. do medycyny, a co za tym idzie – rozróżnień na normalność i patologię oraz potrzebę interwencji w celu uleczenia, i generalnie stawiały architekta w roli bliskiej lekarzowi.
Inny sposób problematyzowania własnej funkcji ujmował architekta jako ogrodnika, co obok idei kreowania sprzyjającego środowiska dla planowej uprawy ludzi (geeignete Umgebung für Menschenpflanzen) dodatkowo oddawało nieodzowne powiązanie tej pracy z naturą. Umiejscowienie ponad społeczeństwem widać dobrze w symbolu architekta-lotnika, który z kokpitu ogląda miasto, dostrzegając to, co niewidoczne z ziemi: chaos, nieład, brak planu.
Bardziej zorientowane socjalistycznie środowiska zachodnie charakteryzowały siebie w sztafażu służby społeczeństwu, wyrażającej się na przykład w architektonicznie prekodowanych możliwościach (koniecznościach!) budowania wspólnot, które miały dawać szansę urzeczywistnienia się prawdziwej osobowości mieszkańców (różnej od indywidualności, która kładzie nacisk na odmienność, osobność, podczas gdy według tej ideologii pełna samorealizacja możliwa jest rzekomo tylko we wspólnocie). Jak konkluduje Kuchenbuch, stopniowe wycofywanie się architektów z tak definiowanej misji następuje ok. 1960 r. – nieco wcześniej w Szwecji, nieco później w Niemczech.
Przyczyny owego przewartościowania przywoływane przez autora wcale jednak nie odwołują się np. do kompromitacji ideologii socjalistycznej bądź narastania potrzeby indywidualizmu, także indywidualistycznej wolności twórczej architekta-artysty. Leżą one, zdaniem tego autora, bazującego na materiałach empirycznych pochodzących ze środowisk zawodowych architektów, raczej po stronie rozczarowania spowodowanego niemożnością urzeczywistnienia swego ideału w pełni, a także zmiany relacji między urbanistą a gminą miejską na bardziej partnerskie i kooperacyjne, czyli dla planisty-demiurga zdecydowanie mniej komfortowe.
W kontekście tego sposobu myślenia architektów o sobie samych i o swoich zadaniach warto pamiętać, że znacząca część zabudowy polskich miast, być może nawet do czasu transformacji ustrojowej, powstawała na deskach architektów, którzy stawiali siebie ponad społecznością zamieszkującą ich produkcje oraz – mniej czy bardziej, zależnie od okresów w historii – pracowali w służbie ideologii. Owocem tego mariażu ideologii z architekturą i poczuciem misji są np. różne osiedla bloków, które realizować miały artystyczno-ideologiczne założenia modernizmu, zwłaszcza w jego funkcjonalistycznej wersji – tyle, że żyć się tam specjalnie nie dało. Mam na myśli np. falowce w Gdańsku przy ul. Lumumby, warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą czy Przyczółek Grochowski.
Dzisiejsze autodefinicje zawodowe korzystają z dwóch narracji, różnie postrzeganych przez środowiska architektów – jako wzajemnie sprzeczne, jako stanowiące continuum, czasem nawet jako tożsame – czyli narracji artystycznej i narracji (ekologicznie) zrównoważonej (sustainability).
W Polsce dominująca i nabożnie wyznawana wydaje się w tej chwili ta pierwsza – dumą i oznaką prestiżu wciąż mają być w naszych miastach budynki projektowane przez sławy gwiazdorskiej architektury, jak Daniel Liebeskind, Zaha Hadid czy Norman Foster. Nie mogę oprzeć się jednak wrażeniu, iż potrzebują tego głównie władze miejskie dla zaspokojenia swojej próżności – wielkie nazwiska mają je uwiarygodnić i nobilitować.

W tym miejscu pojawia się czynnik drugiwładze miasta. Trzeba od razu powiedzieć, że ich znaczenie w aranżacji przestrzeni publicznych zostało bardzo ograniczone po transformacji ustrojowej, a gros inwestycji, jakie czynią, to inwestycje w infrastrukturę komunikacyjną, a w jakiejś części także w projekty rewitalizacyjne, np. jakichś placów czy parków. Budynki użyteczności publicznej budowane są natomiast niezwykle rzadko – wystarczy się zastanowić, co nowego powstało w naszym mieście po 1989 r., by uświadomić sobie, że z inicjatywy i pieniędzy publicznych – nic albo prawie nic.
Do niedawna jeszcze niekwestionowanym fenomenem w kontekście udanych inwestycji miejskich w budynki użyteczności publicznej był tzw. efekt Bilbao.
W tej baskijskiej miejscowości położonej na północy Hiszpanii i niewyróżniającej się niczym szczególnym zainwestowano w imponujące Muzeum Guggenheima zaprojektowane przez kanadyjskiego wizjonera Franka Gehry’ego i oddane do użytku w 1997 r. Stało się ono nie tylko dumą i wizytówką miasta, ale także kołem zamachowym licznych pozytywnych zmian (infrastrukturalnych, finansowych, prestiżowych itd.) podupadłego dosyć ośrodka. Ten efekt stał się marzeniem włodarzy wielu miast, którzy zapragnęli powtórzyć sukces Bilbao i dzięki tej jednej, właściwej, trafionej, gwiazdorskiej realizacji architektonicznej wypłynąć na szerokie wody.
Dziś można jednak powątpiewać, czy mieszkańcom wybierającym swoje władze o to właśnie chodzi, by angażowały one za ogromne sumy sławy światowej architektury i inwestowały w budynki sygnowane wprawdzie wielkimi nazwiskami, ale… przeznaczone zupełnie nie dla nas… Zwłaszcza, gdy towarzyszy temu abdykacja w innych sferach zarządzania przestrzenią miejską.
Abdykacja na rzecz – tutaj pojawia się trzeci czynnik – deweloperów i inwestorów. To właściwie oni po transformacji ustrojowej przejęli pałeczkę w kształtowaniu przestrzeni miejskiej. Logika komercyjna zastąpiła logikę dobra wspólnego, jakkolwiek zwyrodniale przez PRL definiowaną. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno w odniesieniu do przestrzeni mieszkalnych (osiedla grodzone, apartamentowce, bloki ), jak i do przestrzeni publicznych (głównie powstały powierzchnie handlowe i biurowe) mamy w tej chwili do czynienia z dominacją logiki rynkowej i prymatem celów ekonomicznych konkretnych podmiotów nad celami publicznymi.
Widać to doskonale w zawłaszczaniu ogólnodostępnych uprzednio przestrzeni na osiedla zamknięte, w psuciu krajobrazów wyniosłymi biurowcami wyrastającymi w nieadekwatnych dla nich miejscach, w stawianych tanim kosztem blaszanych halach przeznaczanych na wielkopłaszczyznowe sklepy, w wyburzeniach wartościowej nieraz architektury w celu umożliwienia prywatnym inwestorom realizacji swoich przedsięwzięć. Innymi słowy, miasto w dużej mierze oddane zostało w zarząd siłom, dla których priorytetem jest zarobienie na tej przestrzeni, tej działce, tym budynku.
W odniesieniu do osiedli mieszkalnych doskonałym przykładem na efekty takiego zarządzania kształtem przestrzeni jest podwarszawskie Miasteczko Wilanów, aranżowane wyłącznie przez deweloperów, którzy nastawiali tam na ogromnej powierzchni mnóstwo bloków – kostek podobnej wielkości. W efekcie okazało się, że przy dużej i wciąż rosnącej liczbie mieszkańców problemem stał się brak komunikacji miejskiej (trzeba było wychodzić poza teren miasteczka, żeby dotrzeć do najbliższego przystanku), ponieważ deweloper nie tracił gruntu ani pieniędzy na tego typu inwestycje, brak infrastruktury, podstawowych usług itd. Nie wspominając nawet o budynkach użyteczności publicznej, których deweloperzy z definicji nie budują.

Kolejnym czynnikiem kształtującym przestrzeń są sami mieszkańcy. Rzadko zdarza się, że to kształtowanie odnosi się do działań takiego kalibru, jak stawianie całych budynków. Jak przypomina Jacek Gądecki, egipski filozof i architekt Hasan Fathy jako pierwszy odmówił zaakceptowania mitu postępu, stwierdzając, że w warunkach Trzeciego Świata każdy chłop jest w stanie lepiej i taniej zbudować sobie dom niż jakikolwiek architekt. Zauważył, że każda rodzina winna budować raczej na swoje potrzeby, niż polegać na wiedzy drogich profesjonalistów. Ta nieco „przeromantyzowana” wizja stała się niezwykle silnym impulsem w architekturze, który przekroczył zarówno awangardowe (czyt. modernistyczne) jak i modne (czyt. postmodernistyczne) patrzenie na projekt architektoniczny, a sięgał głębiej, do tradycji „architektury bez architektów”, określanej jako wernakularna, a odwołującej się do natury miejsca1).
W naszych warunkach ingerencja mieszkańców w przestrzeń publiczną czy półprywatną ma zazwyczaj mniejszy rozmach i odnosi się do różnego rodzaju dekoracji, płotków, ławek, oczek wodnych, huśtawek, ogródków, napisów itd. Jakkolwiek łatwo wyśmiać te samoróbki za zły gust, toporne wykończenie, materiały z odzysku, niedopasowanie do otoczenia, to jedno jest pewne – niezależnie od zewnętrznych kanonów stylu i gustu, właściciele czy wykonawcy z pewnością w zaaranżowanej przez siebie w ten sposób przestrzeni czują się swobodnie i doskonale. Oni faktycznie zrobili to dla siebie.

Szczegółowa bibliografia podana przez Autorkę dostępna jest w redakcji.

Autorka jest doktorem socjologii, adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych i MBA w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Opublikowano za zgodą ETOH Fundacji Rozwoju Profilaktyki, Edukacji i Terapii Problemów Alkoholowych.
Publikacja pierwotna: miesięcznik „Remedium” nr 12/2013.

Przypisy   [ + ]

1. J. Gądecki, Architektura i tożsamość. Rzecz o antropologii architektury, Wydawnictwo Rolewski, Złotoria 2005, s. 107.