Profilaktyka to nie festyn

Wywiad z Marcinem Sochockim, dyrektorem Ośrodka Szkoleniowo-Badawczego MONAR, socjologiem, autorem licznych publikacji oraz badań społecznych dotyczących m.in. edukacji, profilaktyki, ewaluacji. Rozmawiała Elżbieta Szadura-Urbańska

Na początek rozstrzygnij spór: profilaktyka jest częścią promocji zdrowia czy promocja zdrowia jest częścią profilaktyki.
To zależy do jakiego zaplecza teoretycznego się odwołujemy. W skrócie, mamy tutaj dwa główne nurty: jeden związany bardziej z naukami medycznymi, a drugi głównie z naukami psychospołecznymi, kulturowymi. W tym pierwszym rozumieniu „promocja zdrowia”, zgodnie z definicją WHO, ujmowana jest jako wielopłaszczyznowy system działań zmierzający do krzewienia dobrostanu jednostek i społeczności. Zgodnie z tym ujęciem, częściej mówi się o „promocji zdrowia” niż o „profilaktyce”. Z kolei w projektach, które wywodzą się z tego drugiego nurtu, pojęcie „promocji zdrowia” ulega pewnemu redukcjonizmowi, zawężone jest do „promocji zdrowego stylu życia”, bez odwoływania się do dość wyrafinowanych koncepcji promocji zdrowia. Zgodnie z tym podejściem „promocja zdrowego stylu życia” staje się częścią „profilaktyki”. Ważne, aby wiedzieć w jakim kontekście teoretycznym się poruszamy i unikać używania tych pojęć w sposób potoczny. Jednak jeżeli przyjrzymy się programom sygnowanym jako „promocja zdrowia” i programom, które określane są jako „profilaktyczne” to często jest tak, że pole wspólne jest naprawdę duże i np. w sferze działań praktycznych trudno byłoby wskazać na jakieś zasadnicze różnice. Może poza tym, że czasami projekty, które są bliższe naukom medycznym, bardziej akcentują troskę o zdrowie w wymiarze biologicznym, niż programy, które wywodzą się z tego drugiego nurtu.
Przeciętny odbiorca mówi „profilaktyka”, a myśli – „zapobieganie uzależnieniom”.
W praktyce „profilaktyka uzależnień” – jeśli nie jest świadomie użytym skrótem myślowym – jest określeniem, bardzo mylącym. Dlaczego? Jeżeli weźmiemy tak in extenso, ściśle definicyjnie, co znaczy „profilaktyka uzależnień” to należałoby tu rozumieć jakieś działania, które służą właśnie zapobieganiu uzależnieniom. Na to ja, nieco prowokacyjnie, powiem tak – jaki jest sens wydawania tak dużych pieniędzy na profilaktykę uzależnień realizowaną na poziomie uniwersalnym? W przeciętnym gimnazjum jak liczna może być grupa uczniów, których problem ten może dotyczyć? Żadna lub stosunkowo niewielka i do niej powinny być adresowane programy z poziomu profilaktyki selektywnej i wskazującej. Natomiast w przypadku profilaktyki uniwersalnej, w pierwszej kolejności powinniśmy skoncentrować się na najpowszechniejszych czynnikach chroniących i ryzyka. W przypadku zagrożeń, warto zajmować się przede wszystkim bardziej bliskimi szkodami, które młodzież może ponieść w związku z podejmowaniem zachowań ryzykownych niż uzależnieniem od substancji psychoaktywnych. Taką szkodą może być to, że ktoś pod wpływem alkoholu spowoduje wypadek, uszkodzi siebie lub innych, skoczy do wody i połamie sobie nogi. Jest cały szereg szkód, jakich młodzi ludzie doświadczają w związku z używaniem substancji psychoaktywnych lub podejmowaniem innych zachowań ryzykownych, a które nie są wynikiem uzależnień.
Jednak można coś zrobić, aby ten ktoś, kto wypił nie skakał na główkę do basenu.
Tak i to jest właśnie „profilaktyka zachowań ryzykownych”. Obszar ten obejmuje duże spektrum różnych działań, które nie zawężają nam pola do „profilaktyki uzależnień”. Terminu „profilaktyka uzależnień” często używa się bez pogłębionej refleksji, co prowadzi do tego, że mówi się o „profilaktyce uzależnień”, a tak naprawdę prowadzi się działania z zakresu „profilaktyki zachowań ryzykownych”. Jak widać, panuje spory bałagan terminologiczny. Stąd mój apel, aby posługiwać się kluczowymi pojęciami zgodnie z ich definicją, żeby jednych definicji nie nadużywać, a innych nie ograniczać (jak to często jest w przypadku promocji zdrowia).
Czy zleceniodawcy projektów zdają sobie sprawę z tych różnic definicyjnych?
Jeżeli jakaś instytucja ogłasza konkurs na „profilaktykę uzależnień”, to już z góry definiuje sposób, w jaki mają być ujmowane cele działań zgłaszane przez oferentów. Jednak wiele instytucji ogłaszając konkursy na „profilaktykę uzależnień”, tak naprawdę, chce o wiele szerszej profilaktyki. Takie praktyki z jednej strony są przejawem zjawiska, o którym wspomniałem wcześniej, zaś z drugiej przyczyniają się do upowszechniania niewłaściwego stereotypu, że w profilaktyce chodzi tylko lub głównie o uzależnienia.
A może w ogóle nie warto młodzieży mówić w kółko o szkodliwości picia, palenia, etc.?
Przekazywanie wiedzy, dodajmy – rzetelnej wiedzy, jest jedną z tzw. uzupełniających strategii profilaktycznych, dlatego powinno się w programie znaleźć. Jednak jeżeli program oparty jest tylko na tej strategii, to nie oczekujmy, że wpłynie na zmianę zachowań. Uczestnicy projektu mogą zdobyć pewne informacje, ot i wszystko. Jednak programom takim nierzadko przypisuje się nierealistycznie ambitne cele, takie jak ograniczenie używania substancji psychoaktywnych lub – uwaga – zapobieganie uzależnieniom. Oczekiwanie, że wykład lub pogadanka wpłynie na trwałą zmianę zachowań i uchroni kogoś przed uzależnieniem jest równie sensowne, co próby przeskoczenia kanału La Manche ze znanego skeczu Monty Pythona. Prowadząc działania profilaktyczne trzeba widzieć, co możemy osiągnąć przy zastosowaniu danych środków. Poza tym często edukowanie opiera się na przekazywaniu wiedzy niewłaściwej lub w niewłaściwy sposób. Zdarzają się programy oparte na edukacji negatywnej, które straszą, wyolbrzymiają negatywne skutki podejmowania jakichś zachowań. Skuteczność takiej edukacji jest trudna do udowodnienia, a często powoduje ona szereg niewłaściwych efektów. Należy przekazywać rzetelne informacje w odpowiednim kontekście. Należy też dostosowywać przekaz do struktur poznawczych młodej osoby.
Marskość wątroby sześćdziesięciolatka nie robi na nastolatku wrażenia
Trudno oczekiwać, aby zdarzenia, które mogą się rozegrać za kilkadziesiąt lat miały znaczący wpływ na bieżącą postawę adolescenta. Dlatego udzielając informacji zwykle należy skracać „horyzont czasowy”. Kolejny częsty błąd w przekazach edukacyjnych to kształtowanie niewłaściwych przekonań normatywnych. Jeżeli młodzi ludzie dowiadują się od pedagoga, że np. używanie narkotyków jest bardzo popularne wśród młodzieży, to w pewnej mierze kształtują się ich przekonania o tym, co jest normą dla danej grupy wiekowej.
Przejdźmy teraz od rozważań definicyjnych i dotyczących strategii profilaktycznych na poziom uwarunkowań systemowych. Jak profilaktyka wygląda z tej perspektywy?
Odpowiedź na to pytanie jest oczywiście bardzo złożona, ja zwrócę uwagę jedynie na wybrane aspekty. W Polsce po 1989 r., wraz ze zmianą systemową, nastąpił cały szereg przekształceń, które były realizacją idei demokratyzacji społeczeństwa, zasady pomocniczości, wzrostu autonomii społeczności lokalnych, w tym szkół. Warunki te ukształtowały również system profilaktyczny w Polsce. W procesie zmian system ten został tak ukształtowany, że decyzje dotyczące tego, jak ma wyglądać profilaktyka na szczeblu lokalnym podejmują samorządy lokalne wraz ze szkołami.
A to nie jest dobre rozwiązanie?
To jest zgodne z zasadą pomocniczości, która mówi, że problemy powinny być rozwiązywane na możliwie najniższym szczeblu organizacji życia społecznego. Jeżeli więc jednostka sobie nie radzi to powinna jej pomóc rodzina, jeżeli rodzina ma problemy, które ją przerastają, to w ich rozwiązywanie powinna włączyć się społeczność lokalna, etc. Zgodnie z obowiązującymi w Polsce rozwiązaniami to przedstawiciele społeczności lokalnej powinni diagnozować i rozwiązywać problemy z zakresu profilaktyki. Do zadań samorządu należy prowadzenie profilaktyki – we współpracy ze szkołami, które mają w tym względzie dość dużą autonomię. Szkoły są zobligowane do opracowywania szkolnych programów profilaktyki, podczas gdy gminy – do tworzenia lokalnych strategii. Dodajmy, że pieniądze na to są w gminach. Nie tylko moc decyzyjna została tam przekazana, ale i środki finansowe – i to wcale niemałe – tam zostały skierowane. A jak ten system funkcjonuje? Okazuje się, że to rozwiązanie w Polsce się nie sprawdziło. Dostępne dane, którymi dysponujemy (ogólnopolskich badań jeszcze nie było), np. raporty NIK, statystyki PARPA (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) czy dane ESPAD (European School Survey Project on Alcohol and Drugs) wskazują, że ten system po prostu nie działa tak, jak można by tego oczekiwać. Wiele projektów, które są lokalnie realizowane w szkołach lub gminach, to profilaktyka, którą świetnie określiła Agnieszka Pisarska jako „przyjazną dla klienta”. To znaczy, tania, prosta i przyjemna, a także efektowna (nie – efektywna).
Festyn, który da się zauważyć i dopisać do „osiągnięć” dyrektora szkoły czy wójta.
Czasami jest właśnie tak, że dzięki profilaktyce lokalni notable mogą się promować w lokalnych mediach, przecinać wstęgi, robić festyny, organizować wydarzenia, na których mogą się pokazać, powiedzieć coś prasie, dać się sfotografować. Takie wydarzenia – moim zdaniem – są dopuszczalne jako zwieńczenie długotrwałych działań profilaktycznych, ich uroczyste podsumowanie. Jednak często podejmowane są zamiast nich. Dlatego w odniesieniu do skuteczności, czyli zmiany zachowań młodych ludzi nie mają żadnego znaczenia, zresztą nierzadko w ogóle nie bierze się tego pod uwagę. Statystyki PARPA wskazują, że najwięcej środków przeznacza się na działania profilaktyczne takie jak: festyny, teatrzyki, zajęcia sportowe. Wyobraź sobie, że nawet jasełka da się tam upchnąć! Działania sportowe też wcale nie muszą mieć profilaktycznego wydźwięku. Tu trzeba czegoś więcej niż tylko boisko i piłka. Dostępne informacje świadczą też, że szkolne programy profilaktyki powstają często jako odpowiedź na wymóg formalny, a ich celem nie jest realna zmiana rzeczywistości placówek.
Czy to znaczy, że lepiej byłoby opracować jedną ogólnopolską strategię?
Oczywiście należałoby podjąć działania, które zmierzałyby do określenia spójnej i długoterminowej polityki państwa z tego zakresu. Jednak ja teraz mówiłem trochę o czymś innym. Chodzi o to, że na poziomie lokalnym często brakuje po prostu wiedzy. Są pieniądze i są możliwości, a brakuje wiedzy o tym, czym jest profesjonalna profilaktyka. Najczęściej nie wynika to ze złej woli. Jednak nierzadko, gdy rozmawiam z nauczycielem czy przedstawicielem lokalnej władzy o profilaktyce, to mam wrażenie, że jesteśmy w dwóch różnych światach. Ja mówię o profilaktyce…
…a on zastanawia się, na co wydać te pieniądze.
I sięga po lokalną ofertę, która nierzadko sprowadza się do tego, że za niewielkie pieniądze lub nieodpłatnie można zrobić prelekcję o „szkodliwości palenia papierosów” albo zaprosić „byłego narkomana”, czy „trzeźwego alkoholika”, żeby młodym powiedzieli jak mieli ciężko. Można też zamówić spektakl „profilaktyczny”, albo zorganizować festyn z popisami straży pożarnej lub miejskiej – będą pokazy, konkursy, lody i cukrowa wata, słowem – będzie zabawnie i bez problemów z frekwencją. Natomiast profilaktyka, która oparta jest na sprawdzonych strategiach, wymaga dużego zaangażowania od strony realizacyjnej, np. kilkunastu zajęć w ciągu roku, wysokich kompetencji realizatorów, angażowania nie tylko uczniów, ale i ich rodziców oraz nauczycieli, etc. To m.in. z tych powodów część samorządów i szkół nie chce takiej profilaktyki u siebie.
Więc jak zmienić tę sytuację, co należałoby zrobić, aby profilaktyka była rzeczywiście profilaktyką?
Ponownie wyrażę się nieco prowokacyjnie – należy konsekwentnie stosować się do zasad, które legły u podstaw tworzenia systemu. Jeśli dany szczebel organizacji życia społecznego nie wywiązuje się w dostatecznym stopniu z nałożonych na niego zadań, to z pomocą powinien mu przyjść szczebel wyższy. Skoro wiele samorządów nie potrafi realizować skutecznej profilaktyki, to wesprzeć ich w tym powinien szczebel centralny. Ktoś może powiedzieć, że przecież takie działania od lat są podejmowane przez różne agendy rządowe (np. PARPA, Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii). Tak, to prawda, i często są to bardzo trafione przedsięwzięcia. Jednak działania te nie mają charakteru zmian systemowych, a takich – moim zdaniem – wymaga sytuacja. Zmiany dotyczyć powinny nie tylko doskonalenia kompetencji nauczycieli, ale także w ogóle systemu kształcenia przyszłych pedagogów. Należy też wprowadzić m.in. zmiany dotyczące zasad finansowania profilaktyki, aby w większym zakresie sponsorować sprawdzone programy profilaktyczne. Pomysłów jak to zrobić jest sporo, ale wymagają one interwencji centralnej. W rządowym projekcie „Bezpieczna i przyjazna szkoła” zawarto niektóre elementy, o których mówię. Jednak ten program również nie zmienia systemu. Brakuje gruntownej refleksji nad całym systemem. Głównym graczem na tym polu powinno być Ministerstwo Edukacji Narodowej, a moim zdaniem – nie jest.
Niejednokrotnie zwracasz uwagę, że adresatami działań profilaktycznych powinni być też dorośli, nauczyciele, rodzice.
Dobry program profilaktyczny powinien angażować nie tylko uczniów, ale również innych członków społeczności szkolnej czy lokalnej, a więc rodziców, nauczycieli, etc. Z doświadczenia wiem, że bardzo trudno w programy profilaktyczne angażować rodziców. Jest to kłopot, ponieważ zaangażowanie rodziców w działalność szkoły – poza tzw. wywiadówkami – nie jest czymś oczywistym. Myślę, że to się może brać stąd, że wielu rodziców nie ma w sobie otwartości, aby współuczestniczyć w życiu szkoły, i wiele szkół nie jest otwartych na to, aby rodzice pojawiali się w placówkach poza ściśle wyznaczonymi ramami. To wymaga długofalowych zmian, a póki co pomysłodawcy programów profilaktycznych muszą się liczyć z tym, że aktywny udział rodziców w realizowanych przez nich projektach będzie trudnym wyzwaniem. Wiadomo, że wpływ rodziny, wpływ socjalizacji pierwotnej, ma kapitalne znaczenie w kształtowaniu młodych ludzi i w dokonywanych przez nich wyborach. Ale pamiętajmy też, że szkoła ma rolę korygującą i może zmieniać nieodpowiednie wzorce wyniesione z domu. Jednak szkoły w wielu przypadkach słabo radzą sobie z tym zadaniem. Przeciwnie, poprzez różne mechanizmy, placówki edukacyjne umacniają rozwarstwienia społeczne, zamiast doprowadzać do ich niwelowania.
Wróćmy jednak do programów profilaktycznych. Napisałeś w jednej z publikacji, że szkoły zazwyczaj mają duże opory przed ewaluacją projektów profilaktycznych, ale chyba też przed każdą oceną.
Dotyka to wprost klimatu społecznego szkół i podmiotowości uczniów. Kiedy kilka lat temu prowadziłem badania w szkołach pewnego dużego miasta i prosiłem, aby uczniowie dokonywali oceny nauczycieli (np. pod względem komunikatywności, umiejętności zainteresowania odbiorców), to część szkół zareagowała na to wręcz histerycznie, stwierdzano, że jest to antywychowawcze, że uczniowie nie są od tego, żeby oceniać nauczycieli. Niektóre szkoły przesłały do sponsora tego badania listy pełne oburzenia, a jedna dołączyła nawet wykaz szkoleń, w których nauczyciele brali udział.
Mamy „kwity”, że jesteśmy komunikatywni, nie krzyczymy na uczniów ☺
Widać po tej reakcji jak bardzo uczniowie nie byli traktowani podmiotowo w tych placówkach. Mam też inny przykład, pozytywny, gdy to szkoła zgłosiła się do mnie, abym przeprowadził takie badanie, w którym to uczniowie ewaluowali pracę i postawy nauczycieli. Stosunek do ewaluacji często jest dobrym probierzem tego, jaki jest klimat społeczny placówki. Kolejny przykład pozytywny: od kilku lat współpracuję z zespołem szkół, gdzie nie tylko prowadzone są różne (jakościowe i ilościowe) badania ewaluacyjne, ale ich wyniki prezentowane są nauczycielom, rodzicom i uczniom, a potem są wspólnie omawiane. Tylko ile jest takich placówek? Na koniec dodam jeszcze, że oczywiście nie jest tak, iż lokalnie realizuje się wyłącznie złą profilaktykę. Istnieją też przykłady właściwego stosunku do realizacji zadań z tego zakresu, jak chociażby Gdańskie Centrum Profilaktyki Uzależnień, z którym w ub. roku miałem okazję współpracować przy profesjonalizacji profilaktyki. Innymi słowy, w miastach i gminach jest potencjał, który można wykorzystać starając się podnieść jakość działań z zakresu zdrowia publicznego.
Dziękuję za rozmowę.