Ireneusz Siudem

Rozmowa z Ireneuszem Siudemem, współtwórcą środowiskowej koncepcji profilaktyki uzależnień, przewodniczącym Towarzystwa Nowa Kuźnia.
Rozmawiał Dawid Zmuda.


Skąd przyszedł Ireneusz Siudem?
Urodziłem się w Lublinie, tu mieszkałem i po różnych szkolnych perturbacjach doszedłem do końca liceum. Trochę przypadkiem trafiłem na psychologię i właściwie dopiero na studiach przekonałem się, że to jest właśnie to, co chcę w życiu robić.
Szybko też uświadomiłem sobie, że nie cała psychologia mnie interesuje. Na pierwszym roku studiów – dzięki mojej późniejszej żonie – trafiłem do Studenckiej Szkoły Higieny Zdrowia Psychicznego, którą tu na miejscu organizował Tadeusz Kobierzycki.
To była odskocznia od książek i wykładów, a ja nie mogłem się doczekać, kiedy będzie można robić coś robić praktycznego z ludźmi. Jeździliśmy na obozy, gdzie uczyłem się psychologii behawioralnej, gestalt czy technik psychologicznych dbania o zdrowie psychiczne.
Potem dostaliśmy propozycję włączania się w różne działania profilaktyczne, założyliśmy sekcję psychoterapii w kole naukowym. Po jakimś czasie staraliśmy się włączać w inne projekty, mieliśmy kontakt m.in. z Powrót z U, spotykaliśmy też Marka Kotańskiego, który nas inspirował.
W końcu, około roku osiemdziesiątego siódmego, dzięki – nieżyjącemu już – Januszowi Gabrysiakowi, powstało Towarzystwo Zapobiegania Patologiom Społecznym Kuźnia. O ile Kotański poszedł w stronę terapii osób uzależnionych, Gabrysiak zaczął rozwijać działania profilaktyczne.
Zwrócił on uwagę na to, że w jakimś sensie łatwo jest pracować z ludźmi, którzy sami przychodzą po pomoc, problem jednak jest z takimi, którym grożą uzależnienia, a nie chcą sobie tego uświadamiać i – co za tym idzie – nie chcą z tym nic robić. Dlatego postawiliśmy na działalność środowiskową i obecność w tych grupach.

W jakim Lublinie zaczęliście działać?
W zasadzie wszystko, co wiedzieliśmy wtedy o skali uzależnień w Lublinie, czerpaliśmy z gazet. Mówimy o połowie lat osiemdziesiątych, kiedy zupełnie inaczej postrzegano problem uzależnień. Chcieliśmy podjąć współpracę ze szkołami, ale początki nie były łatwe. Dyrektorzy twierdzili najczęściej, że nie ma w ich szkołach problemu narkomanii lub jest on znikomy. Przełom nastąpił dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy dyrektorzy oswoili się z tym, że mogą o problemach uzależnień mówić otwarcie.
Wcześniej jednak prowadziliśmy różne działania, by przekonać szkoły (i nie tylko), że to nic złego przyznać, że w danej placówce jest problem uzależnień. Na początku delikatnie pytaliśmy o uzależnienia wśród młodzieży, z czasem dyrektorzy i nauczyciele sami zaczęli wskazywać problemy.
Prowadziliśmy zresztą wtedy z innymi środowiskami dyskusje, czy lepiej powadzić działania profilaktyczne w szkołach, czy poza nimi. Dla nas ważniejsza była praca poza szkołami, w naturalnych środowiskach tej zagrożonej młodzieży. Uczniowie z problemami często przecież przenoszą się do innych szkół lub przestają do nich chodzić, a po szkole i tak wracają na swoje osiedla czy podwórka oraz do grup, które tam funkcjonują.
Postawiliśmy na pracę środowiskową. Nie oznacza to, że działania skoncentrowane na szkołach są złe – pod warunkiem jednak- że są połączone właśnie z pracą środowiskową.

Czy na przestrzeni tych niemal trzydziestu lat bardzo zmieniły się powody uzależnień i grupy, których działania profilaktyczne powinny dotyczyć w pierwszym rzędzie?
Oczywiście, że tak. Nie tylko dostępność środków psychoaktywnych jest nieporównywalnie większa, ale też przyczyny sięgania po nie. Kiedyś np. narkoman był postrzegany jako człowiek z marginesu społecznego, zdegradowany psychicznie, często również fizycznie. Kiedyś w grupach zagrożonych uzależnieniem dominowały osoby z osobowością lękowo-neurotyczną. Zażywanie substancji psychoaktywnych miało na celu zniwelowanie lęków.
Dziś dominuje typ agresywno-psychopatyczny, z zawyżoną samooceną, z zachowaniami agresywnymi w stosunku do innych, bo lęk maskują agresją. Tu narkotyk już nie jest sposobem na podniesienie nastroju, a raczej jest elementem mody towarzyskiej. Mamy tu do czynienia ze stylem życia, który może prowadzić do uzależniania.
Szokujące z kolei może być to, że o ile w latach dziewięćdziesiątych tylko około trzech procent młodzieży deklarującej zażywanie narkotyków otrzymała je po raz pierwszy od rodziców, o tyle w ostatnich latach (według naszych badań) to aż około trzydziestu procent (chodzi głownie o amfetaminę i inne środki „wspomagające”). To jest , między innymi, skutek powszechnego przekonania, że na wszelką dolegliwość można znaleźć łatwy środek.

Doświadczenia, o których rozmawiamy, w dużej mierze wiążą się z Pana pracą w Kuźni, którą – o czym wspominaliśmy – współtworzył i kieruje Pan od lat. Jak wiele osób korzysta obecnie z oferty ośrodków?
Około trzystu-czterystu osób rocznie. W tym są stałe grupy z opiekunem oraz tzw. satelici, czyli ludzie korzystający z pomocy indywidualnej, wchodzący lub wychodzący z pomocy.

Czy przy tak licznej grupie, można realnie oceniać skuteczność działań ośrodka?
Można, choć nie chodzi tu o jakiś jeden wymiar, według którego mierzymy powodzenie. Według naszych ocen jest to skuteczność na poziomie sześćdziesięciu pięciu procent. W tym jednak są różne wskaźniki: ilość zachowań agresywnych lub stanów lękowych, zmiana postaw i ocen, jakości relacji rodzinnych, stosunku do nauki etc. Jeśli np. ktoś sporadycznie brał jakieś substancje i nadal sporadycznie bierze, ale inne wskaźniki wskazują na to, że zmniejsza się liczba czynników ryzyka, które mogą pchać do uzależnień – to czasami możemy traktować taką sytuację jako poprawę.
Dalsze dwadzieścia procent to przypadki, gdzie nie odnotowujemy widocznych zmian i kolejne około piętnaście procent to sytuacje, gdzie zauważamy pogorszenie (choć w tę ostatnią grupę włączamy również przypadki, kiedy ktoś rezygnuje).

Jeśli jednak w ogóle można mówić o skuteczności, to na początku musi pojawić się ktoś, kto pewnego dnia – sam, ze skierowania lub namowy – puka do któregoś z ośrodków Kuźni. Kim jest taki młody człowiek, który po raz pierwszy siada naprzeciw Pana?
Hm… jest nowym klientem, młodą osobą, którą będę mógł poznać, dowiedzieć się co lubi, co robi w życiu, dlaczego przyszedł, jakie ma nastawienie etc. Pomaga w tym cały zestaw pytań, który nie tylko wspomaga poznanie, ale podpowiada mi, na ile mogę pomóc, ale też na ile możemy być skuteczni jako ośrodek. Są tacy, którzy przychodzą sami – mniej lub bardziej chętnie – są i tacy, którzy słyszeli od kolegów czy koleżanek, że to jest po prostu fajne miejsce – czasami już samo to zachęca.

Zdarzają się ciężkie spotkania?
Kiedyś rodzice przyprowadzili córkę, która przesiedziała pół godziny bez słowa. Zacząłem od najprostszych pytań, o imię, o to dlaczego przyszła – i nic. Potem poprosiłem rodziców, żeby wyszli i próbowałem rozmawiać łagodnie, trochę ostrzej, siedzieliśmy bez słów – i nic. W końcu poprosiłem, żeby córkę zabrali.
Czasami trzeba tak zrobić, a potem próbować spotkać się w innym miejscu, być może z inną osobą. Okazało się, że ta młoda dziewczyna miała niezdiagnozowany autyzm w umiarkowanym stopniu i dopiero dotarcie do tego faktu, potem dobranie odpowiednich działań – mogło okazać się skuteczne. Klientka spotkała się z naszą terapeutką w neutralnym miejscu i to zadziałało, bo i miejsce, i prawdopodobnie to, że rozmawiała z kobietą miało w tej sytuacji znaczenie.
Takie doświadczenia powodują, że to, co robimy może być frajdą. To jak podróż do wnętrza drugiego człowieka, któremu można w pewnym momencie coś zaproponować.

Te spotkania – łatwiejsze i te cięższe – muszą powodować stres i zwykłe zmęczenie. Poza tym kieruje Pan zespołem, prowadził zajęcia na uczelni etc. Zdarza się czasem, że mówi Pan sobie: muszę zrobić dłuższą przerwę?
Nie do końca. Kiedy rzeczywiście po jakiejś ciężkiej robocie jestem zmęczony i chcę wypocząć – wytrzymuję do trzech dni (śmiech). Może to wygląda na pracoholizm, ale z natury lubię mieć wszystko pod kontrolą, dlatego po dwóch dniach poza ośrodkiem muszę zadzwonić, dowiedzieć się, co się dzieje itd.
Oczywiście wyznaczamy wcześniej zadania, praca jest poukładana i na szczęście nic złego nigdy się nie wydarzyło, ale często wypoczywając i tak myślę, jak się sprawy tu, na miejscu mają.

Praca w zespole z ludźmi wymaga umiejętności zintegrowania wielu działań. I właśnie wokół integralności koncentrują się Pana wypowiedzi i działania. Jeden z programów realizowanych przez Kuźnię nosi nazwę…
…Zintegrowany System Profilaktyki. To jednocześnie idea i zadanie realizowane w postaci programu. Po raz pierwszy tego sformułowania użył Janusz Gabrysiak i jego pomysł zaczęliśmy potem wspólnie realizować.
Ideą programu jest integrowanie działań profilaktycznych na poziomie samorządu lokalnego. Okazało się, że są tam ludzie powołani m.in. do przeciwdziałania uzależnieniom – policjant, pani z pomocy społecznej, pedagog – którzy teoretycznie się znają i współpracują na co dzień, ale w praktyce nie wymieniają się informacjami, a ich praca ulega rutynie.
Chodziło nam o przygotowanie tych ludzi do zbudowania systemu, który na bardzo podstawowym etapie i dzięki połączonym działaniom pomoże uchronić przysłowiowego Jasia czy Małgosię od narkotyków, alkoholu czy prostytuowania się.

Od czego zaczynaliście?
Trzeba było przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, z jakich powodów młodzi ludzie są realnie tym zagrożeni, a tu jest różnie. Bywają zaszłości społeczne, związane choćby z upadkiem dużych zakładów pracy, które skutkują brakiem perspektyw dla młodych. Następnie trzeba sobie powiedzieć, jakimi dysponuje gmina. Najczęściej jest tak, że są obecne różne instrumenty, jednak albo nie wiąże się ich ze sobą, albo działają źle.
Dlatego zaproponowaliśmy budowanie systemów, zintegrowanych działań na szczeblu lokalnym. Zaczęliśmy uczyć z jednej strony tego, jak diagnozować i przeciwdziałać patologiom, a z drugiej strony pokazywać możliwości współpracy i zachęcać do tego, by ludzie z policji, szkół czy urzędów gmin chcieli wzajemnie konsultować swoje działania.
Bardzo istotne jest również rozeznanie terenu, odnalezienie ludzi, którzy mogą wspólnie coś zrobić. Czasami do takich działań włączane są zakłady pracy, jeśli jest tam, dajmy na to, problem z alkoholizmem. W innym miejscu, gdzie pojawiał się problem z przemytem i wiążące się z tym zagrożenia – włączają się służby celne. Chodzi o to, by działać całościowo, włączając różne podmioty, a nie zajmować się tylko jednym z aspektów problemu.
W tej chwili takie myślenie, która włącza i łączy różne jednostki w działaniach profilaktycznych, jest powszechne i nikogo nie dziwi. Kiedy jednak zaczynaliśmy ten program na początku lat dwutysięcznych – byliśmy właściwie pionierami. Obecnie chodzi w tym programie w dużej mierze o optymalizowanie działań na poziomie lokalnym: od diagnozy problemów, po tworzenie zespołów i ewaluację ich prac.

Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej widzę, że z każdego niemal akapitu moglibyśmy zrobić osobną rozmowę. Czas jednak na ostatnie pytanie, choć ono jest tematem nie tylko wielu rozmów i publikacji, ale początkiem kolejnej rozmowy, którą być może uda się kiedyś rozwinąć: jak się nie uzależnić?
Jednym zdaniem? (śmiech) Ktoś o nas, Polakach powiedział, że najbardziej uzależniamy się od wadliwego stylu życia – na co dzień to właśnie przyczynia się do chorób i śmieci bardziej, niż na przykład narkotyki. Powinniśmy wypracowywać w sobie od dzieciństwa dobre nawyki – efektywnie wypoczywać, budować dobre relacje, dbać o higienę życia psychicznego.
Jeśli popatrzymy na to z innej strony – narkotyk czy papieros, każde zresztą uzależnienie – to jakaś proteza szczęścia. Tam, gdzie nie ma zainteresowań, pasji czy relacji – tworzy się miejsce na takie protezy.
Według mnie – choć pewnie nie dla wszystkich będzie to wyczerpująca propozycja – warto tworzyć trwałe, efektywne, satysfakcjonujące i głębokie relacje z ludźmi. Wiele patologii i uzależnień, także od środków psychoaktywnych, pojawia się jako wypełnienie braku takich relacji i z tym spotykamy się na co dzień.

Warto znaleźć sobie kogoś na szczęście?
Tak myślę.