Do czego ludzie potrzebują narkotyków?

Psychospołeczne mechanizmy używania substancji psychoaktywnych

Trudno nie zauważyć dość powszechnej dzisiaj obecności narkotyków w życiu młodych ludzi. Młodzieżowe imprezy czynią sobie za punkt honoru zdobycie co najmniej symbolicznej — jeśli nie całkiem znacznej — ilości marihuany, haszyszu lub heroiny do palenia. Dyskoteki specjalizują się w środkach pobudzających („speedach”), takich jak różne odmiany extasy. Amfetamina z kolei bywa poszukiwanym środkiem w szkole czy na uczelni przy okazji klasówek i egzaminów.

Powody brania bywają różne. Marihuana bywa czasem nazywana środkiem relaksacyjnym, bo daje rozluźnienie i dobry humor. Ale jednocześnie dekoncentruje, nie pozwala się skupić i analitycznie myśleć. Toteż nie nadaje się tam, gdzie używa się „przyspieszaczy”, mobilizujących energię człowieka i umożliwiających zwiększony wysiłek w krótszym czasie, jak amfetamina czy extasy. Wygląda na to, że narkotyki bierze się z powodów czysto racjonalnych: dają jakieś konkretne efekty, których ludzie czasem poszukują — odgrywają więc pożyteczną rolę! W czym zatem problem?

Problemów jest kilka, a polegają one nie na tym, że narkotyki „nic nie dają” (bo coś dają — przecież inaczej nikt by po nie nie sięgał), ale na tym, że za ich efekty trzeba drogo płacić, i to nie tylko w sensie finansowym. Cena ta jest jednak rozłożona na raty i dlatego trudno ją dostrzec od razu.

Po drugie zaś, efekty te nie trwają długo, lecz są chwilowe i dość powierzchowne. A po trzecie — powody brania, wbrew pozorom, zwykle mają podłoże bardziej emocjonalne niż racjonalne.

Eksperyment? Presja? Ciekawość?

Niektórzy twierdzą, że podstawowym motywem osoby, która sięga po narkotyki po raz pierwszy, jest ciekawość, chęć spróbowania, przeżycia nieznanego doświadczenia. I tak chyba rzeczywiście bywa. Ale prawdą jest również, że istnieją obawy przed narkotykami. Nierzadko obawy walczą z ciekawością. Co wygrywa? Różnie.

Wynik zależy często od czegoś innego: od wpływu innych osób — rówieśników, kolegów, przyjaciół. Ciekawe, że na początku przyjmowanie narkotyków prawie nigdy (może wyjątkowo) nie odbywa się w samotności i w pojedynkę, lecz w grupie, a przynajmniej w obecności jednej czy dwóch osób, które narkotyki skądś przyniosły, kupiły czy „zdobyły”. I kto wie, czy wielu „pierwszorazowych” młodych ludzi w ogóle by narkotyki przyjęło, gdyby nie obecność innych. Bo ta obecność nie jest obojętna ani neutralna. Środowisko osób już używających narkotyki wywiera zawsze pewien wpływ na niebiorących. Czy musi to być jednak nachalna, bezpośrednia presja?

Najczęściej sposoby są bardziej subtelne. Wystarczy na przykład roztaczać wokół siebie pewną aurę „wtajemniczenia” i z politowaniem lub wyższością spoglądać na resztę, by wprawić tę resztę w zakłopotanie i uruchomić w niej chęć dołączenia się do „kręgu wtajemniczonych”. Czasem może to być kpina z obaw danej osoby przed narkotykami albo sugerowanie, że jest mięczakiem, tchórzem, maminsynkiem — i to wystarczy. Trzeba naprawdę sporo niezależności i odwagi, aby w takich sytuacjach nie poddać się subtelnej (czasem mniej subtelnej) presji.

Tutaj pojawia się pierwszy — i to jak najbardziej emocjonalny — powód brania: obawę przed śmiesznością, kpiną, krytyką, lęk przed nieakceptacją czy wręcz odrzuceniem kolegów. Chęć uniknięcia tych wszystkich kłopotów i bycia akceptowanym przez własne środowisko jest bardzo często pułapką, niełatwym do zerwania łańcuchem, który może nas trzymać bardzo mocno na uwięzi i czasem skłaniać do takich działań, na które kiedy indziej nie mielibyśmy wcale ochoty.

Kłopoty z poczuciem wartości

Czy da się określić ryzyko wejścia na drogę brania narkotyków? Nie wydaje się, aby to można było zrobić z góry, ale na pewno trzeba uwzględnić tutaj nie tylko własną ciekawość, ale także skłonność do ulegania naciskowi ze strony innych ludzi, zwłaszcza rówieśników. Równie ciekawym pytaniem jest jednak to, czy jesteśmy skazani na taką podatność na naciski, jaką teraz mamy, czy też nie — i od czego to zależy. Od czego więc zależy to, czy jestem mniej czy bardziej zależny od otoczenia? Czy mniej lub bardziej zależy mi na jego opinii i jestem skłonny się jej podporządkować, nawet kosztem innych wartości, które mogę skądinąd także wysoko cenić? Ma to związek z poczuciem własnej wartości.

Osoby o stosunkowo wysokim poczuciu wartości mają większe oparcie w samych sobie, nie muszą mniemania o sobie opierać w tak wysokim stopniu na opiniach otoczenia. W gorszej sytuacji są osoby o niskim poczuciu własnej wartości. One z kolei jakby nie wiedzą, ile właściwie są warte, toteż ocenę samych siebie oddają w ręce innych: jeśli otoczenie je akceptuje, wtedy ich poczucie wartości rośnie, jeśli nie — rozpada się w gruzy. Dlatego tak trudno narazić się im na ryzyko nieakceptacji. Ale akceptacja ma swoją cenę — trzeba spełniać wymagania otoczenia. Nie można się wychylać.

Rozumienie tego mechanizmu podpowiada oczywisty sposób postępowania, służący jego eliminacji lub osłabieniu: praca nad poczuciem własnej wartości wpływa na zwiększenie niezależności od otoczenia. Gdy ma się nieco więcej owej wewnętrznej niezależności, gotowości do obrony własnego zdania — wtedy łatwiej podjąć decyzję na przykład o odmowie przyjęcia narkotyków, gdy się nie ma na to ochoty, alby przynajmniej ma się co do tego wątpliwości. Właśnie te wątpliwości bywają nierzadko tłumione pod wpływem nacisku z zewnątrz. Ktoś o większej pewności siebie może natomiast dać sobie do tych wątpliwości prawo, podobnie jak prawo do tego, aby nie podejmować decyzji natychmiast tylko dlatego, że nie potrafi (obawia się) odmówić. A skoro dotarliśmy do tego miejsca, to poświęćmy trochę uwagi odmawianiu. Czy się go nauczymy, czy nie, to i tak dokładniejsze przyjrzenie się sobie w sytuacji odmawiania rzuci trochę więcej światła na to, jak się ma sprawa z naszym poczuciem wartości. Potraktujmy więc poniższy rozdzialik albo jako instruktaż, albo przynajmniej jako mały test dla siebie.

Jak odmawiać

Gotowość do odmawiania to już dużo, ale dobrze jest wiedzieć, jak to robić, a zwłaszcza jak bronić się przed presją. Przydatne okazują się tutaj tak zwane zachowania asertywne.

Asertywność to taki styl zachowania, który polega na umiejętności korzystania z praw osobistych (np. prawa do odmowy), z jednoczesnym poszanowaniem praw drugiej osoby. Przeciwieństwami asertywności są zarówno uległość (podporządkowanie się innym wbrew sobie — a więc niekorzystanie z własnych praw), jak też agresja czy wywieranie presji (a więc naruszanie cudzych praw).

O osobach ulegających presji otoczenia w sprawie narkotyków można powiedzieć, że zapewne nie są dostatecznie asertywne. Ale mogą się tego nauczyć. W sytuacji presji specjaliści od asertywności proponują kilka strategii postępowania.

Pierwszą z nich jest po prostu umiejętność jasnej, stanowczej, jednoznacznej odmowy, bez wikłania się w nadmierne usprawiedliwienia, tłumaczenia czy błagania o rozgrzeszenie. To niemała sztuka, wymagająca wzięcia na siebie ryzyka, że rozmówca będzie nam miał to za złe, obrazi się, wyśmieje nas lub zrobi coś podobnego. Ale ryzyko to przynosi wyraźny zysk — wyzwolenie od niepożądanej zależności.

Kolejne strategie przydają się wtedy, gdy rozmówca nie zadowala się naszą odmową i nie rezygnuje ze skłonienia nas do takiego działania, jakiego sobie życzy. Dobrze jest na tę okoliczność wiedzieć o technice zdartej płyty, która jest niczym innym, jak upartym powtarzaniem swojej odmowy tak długo, aż rozmówca się zniechęci.

Przydatna może być także technika pytania o strony dodatnie, na przykład: „Co dobrego jest w braniu?”, „Co dobrego jest w tym, że będę na haju?”, „Co dobrego jest w tym, że będę taki jak inni?” itd., w zależności od tego, jakich argumentów używa rozmówca. Podobną funkcję spełnia technika wypytywania o strony ujemne, na przykład: „Co złego jest w tym, że nie biorę?”, „Co złego jest w tym, że jestem inny?”, „Co złego jest w tym, że stracę dobrą okazję?”.

Te sposoby obrony, jakkolwiek skuteczne, mogą jednak przy okazji rozgniewać rozmówcę i sprowokować go do złośliwych uwag, Ale i na tę okoliczność dysponujemy możliwością dalszej obrony w postaci techniki dymnej zasłony: „Chyba rzeczywiście masz rację…”, „Możliwe, że jestem idiotą…” itp. Ale to oczywiście propozycje dla tych, którzy są zdecydowani odmówić, a jedyne, czego im brakuje, to skutecznych na to sposobów. Ci, którzy na odmowę zdecydowani nie są, po prostu nie odmówią i niepotrzebne im są żadne techniczne pomysły.

Co z tymi, którzy nie chcą odmawiać albo wręcz po prostu chcą brać?

Są tacy, co nie mają ochoty odmawiać

Na początku dobrze jest odpowiedzieć samemu sobie na pytanie, dlaczego właściwie chcę brać. Część odpowiedzi może kryć się w tym, o czym już mówiliśmy: bądź w ciekawości, bądź w chęci dostosowania się do otoczenia i zyskania jego akceptacji — czy uniknięcia dezaprobaty. Ale jak ma się sprawa z tymi, którzy mówią: „Ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Z nami sprawa ma się zupełnie inaczej. My po prostu chcemy się lepiej bawić, zyskać więcej luzu. Gdy coś weźmiemy, po prostu jesteśmy śmielsi, odważniejsi, łatwiej przychodzi nam nawiązywanie kontaktów, rozmowa z innymi, jesteśmy bardziej aktywni. A więc same zalety! Czy coś w tym złego?”.

Rzecz nie w tym, że jest coś złego w luzie, odwadze, dobrym samopoczuciu. Ale skoro do tego, aby się tak poczuć, potrzebny jest nam środek chemiczny, to znaczy, że bez niego brakuje nam luzu, swobody, odwagi, śmiałości — czyż nie?

Czyli są to powody emocjonalne. Emocje — obawy, lęki, niepokoje — próbujemy likwidować za pomocą chemii. I to się na moment udaje. Ale czy jest to rzeczywiste rozwiązanie problemu? Przecież to co najwyżej chwilowe zapomnienie o problemach. Aby je naprawdę rozwiązać, trzeba zacząć od pytania: dlaczego jestem nieśmiały? Dlaczego brakuje mi swobody, luzu, odwagi? Skąd się biorą moje niepokoje i obawy? Szukanie odpowiedzi na te pytania jest prawdziwą pracą nad sobą.

I oczywiście, znowu pytania te mają związek z poczuciem własnej wartości, samooceną, sposobem, w jaki patrzy się na siebie samego. Dalszy ciąg tej pracy to szukanie odpowiedzi na pytanie, co można z tym zrobić. Połowa odpowiedzi narzuca się sama: pracować nad poczuciem własnej wartości, nad swoją niezależnością od otoczenia. Ale pozostaje druga część pytania: w jaki sposób to robić?

Pracować nad tym można na dwa sposoby. Po pierwsze, próbując w wyższym niż dotąd stopniu odwoływać się do swoich mocnych stron. Koncentrować się na własnych zaletach, nie wadach. Na sukcesach, nie porażkach. Na tym, co umiemy, a nie na tym, czego nie umiemy. Obraz samego siebie zależy nie tylko od tego, jacy jesteśmy naprawdę, ale także od tego, co we własnej osobie dostrzegamy, a czego nie. Jednak typowy trening wychowawczy, zarówno w szkole, jak i w rodzinie, polega na pracowitym tropieniu i „punktowaniu” wszystkiego, co w postępowaniu, zachowaniu czy nauce dziecka, ucznia, czy młodego człowieka, jest błędem, brakiem, wadą, porażką.

I po większej części nie płynie to wcale ze złych intencji, ale najczęściej z bezmyślności i braku refleksji. Dorośli często nie dostrzegają, że zamierzone przez nich efekty pozytywne nie następują. A co gorsza, nie dostrzegają też pewnego dodatkowego, ale bardzo groźnego efektu ubocznego: stałego rujnowania poczucia wartości u kogoś, kto nieustannie, przez wiele lat subtelnego treningu zbiera informacje o własnych niedociągnięciach, brakach i błędach. Stopniowo powstaje w jego umyśle jedynie słuszny — jego zdaniem — wniosek, że jest do niczego, a wiemy już, do czego w konsekwencji prowadzi takie mniemanie.

A co z tymi, którym chodzi o sprawne działanie i w tym celu sięgają po amfetaminę albo extasy, a może kokainę? Jak zrozumieć ich zachowanie?

Emocje towarzyszą także sukcesom i porażkom

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w ich przypadku nie ma to związku z emocjami. Że chodzi tu o aktywność, efektywność, sprawność, sukces. No dobrze, ale co by się stało, gdyby nie osiągnęli sukcesu? Gdyby ponieśli porażkę? Wyobrażenie takiej sytuacji jest dla niektórych nie do zniesienia — lęk przed porażką bywa powodem użycia środka chemicznego. Aby nie ponieść porażki — albo odnieść sukces — co na jedno (niektórym) wychodzi. Dlaczego niektórym? Bo nie wszyscy utożsamiają sukces z brakiem porażki. Inaczej mówiąc — nie wszyscy odczuwają paniczny lęk przed porażką. Są tacy, którzy z porażką radzą sobie lepiej. Z porażką — to znaczy z czym? To znaczy ze swoimi… negatywnymi emocjami, pojawiającymi się w obliczu porażki!

I tym razem okazuje się więc, że to niemożność poradzenia sobie z własnymi negatywnymi emocjami (a raczej chęci ich uniknięcia) popycha ludzi do szukania ratunku w środkach pobudzających. Gdyby więc ktoś potrafił pogodzić z porażką (brakiem sukcesu), nie musiałby używać środków chemicznych, aby się z tym uporać. Ucieczka przed lękiem, obrona przed emocjami — to rzeczywisty powód ratowania się narkotykami! Narkotykami w każdej postaci.

Warto bowiem przypomnieć, że do narkotyków niektórzy zaliczają zarówno alkohol, jak i nikotynę. Obie te substancje — tak jak wiele innych narkotyków — pełnią podobną funkcję: uspokajają, rozluźniają, zmniejszają napięcie. Oczywiście, wchodzą tu w grę różnice ilościowe: nikotynę przyjmowaną w postaci dymu papierosowego nie tak łatwo przedawkować i jej działanie w tej postaci jest stosunkowo słabe. Inaczej z alkoholem i innymi, silniejszymi narkotykami. Ale istota i powód oddziaływań pozostaje ten sam: wpływ na własne emocje. Jak radzić sobie z negatywnymi emocjami w inny sposób niż poprzez używanie narkotyków?

To, że niektóre emocje nam odpowiadają, inne zaś nie — jest rzeczą zupełnie naturalną. Również to, że chcielibyśmy je zmieniać, czyli zmieniać własne samopoczucie. Bo przecież samo pojęcie „szczęścia” (albo „nieszczęścia”), „satysfakcji” (czy „niezadowolenia”) itp. — opisujące i określające naszą sytuację życiową, nasz stan — dotyczą właśnie emocjonalnych aspektów naszego odbioru świata i decydują o jakości i ocenie naszego życia. Nie ma nic dziwnego w tym, że emocje nie są nam wcale obojętne i wolimy mieć do czynienia z takimi, które odbieramy jako pozytywne. Cały problem polega nie na tym: zmieniać czy nie zmieniać nastroju, lecz raczej — w jaki sposób do upragnionych, pozytywnych emocji dochodzić.

Rozwijanie umiejętności — naturalna strategia radzenia sobie z emocjami

Większość z nas stara się robić to, co przynosi nam większą satysfakcję, unikać zaś tego, co prowadzi do niezadowolenia. Jeśli więc na przykład jesteśmy niezadowoleni z czegoś, co nam się przydarza — ktoś nas uraził, nie dotrzymał słowa, zrobił nie to, co by nam odpowiadało itd. — wtedy podejmujemy jakieś działanie wyjaśniające, „naprawcze”, staramy się wpłynąć na sytuację tak, aby sprawy potoczyły się w pożądany sposób. Prowadzi to w konsekwencji do poczucia satysfakcji, zadowolenia — zarówno z rozwoju wypadków, jak i z siebie samego. To ostatnie określenie zwraca uwagę na jeszcze jeden obszar, będący źródłem naszego zadowolenia lub niezadowolenia, mianowicie nas samych. Bo wbrew pozorom to nie tylko i nie głównie inni ludzie — ich zachowania czy decyzje — wywołują w nas takie czy inne emocje. Bliższe przyjrzenie się temu pokazuje, że nawet w sytuacjach, w które zaangażowani są inni, wiele zależy w ostatecznym rozrachunku od nas samych — naszych postaw i umiejętności, bowiem to przecież my „radzimy” sobie lub „nie radzimy”, „potrafimy” lub „nie potrafimy” zareagować, „umiemy” lub „nie umiemy” się znaleźć w tej czy innej sytuacji w taki sposób, żeby nas to satysfakcjonowało. To my sami używamy przecież określeń wyraźnie wskazujących na naszą własną rolę we wszystkich tych sytuacjach. Jednakże problem w tym, że nie zawsze wystarcza nam umiejętności, pomysłów czy odwagi, żeby tak ingerować w sytuację, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Napotykamy w tym własne, indywidualne ograniczenia. Zwykle kładzie się je na karb różnic w charakterach. Idzie za tym sugestia, że może to chodzić o różnice wrodzone, a więc niemożliwe do zmiany. „Taki już jestem” — mówi ktoś, kto unika wyrażenia swojej opinii czy sprzeciwu, albo załatwienia trudnej sprawy, rozwiązania konfliktu, poruszenia trudnego tematu, odmowy zrobienia czegoś, co mu nie odpowiada itd. Gdy się jednak nazwie takie problemy po imieniu, staje się niezmiernie wątpliwe przekonanie, że nie można się uczyć przekonywania. A uczyć się to, innymi słowy, nabywać umiejętności, których się dotychczas nie posiadało, albo też posiadało w niewystarczającym stopniu, „niezadowalającym” dla siebie samego (emocja!) stopniu.

Dlaczego niektóre sytuacje są trudne

Nie powiedzieliśmy chyba dotąd wyraźnie, że te sytuacje, w których pojawiają się tak zwane „negatywne emocje”, można określić jako „sytuacje trudne”. Można jednak łatwo dostrzec, że ta sama trudna sytuacja nie jest tak samo trudna dla każdego. Dla jednego jest — owszem — trudna, i to może nawet bardzo, dla drugiego tak sobie, a dla trzeciego — być może wcale. Od czego to zależy? Właśnie od poziomu własnych umiejętności, które u jednej osoby mogą być wysokie, u innej średnie, a u jeszcze innej — niskie albo żadne.

Można to potwierdzić wieloma prostymi przykładami, jak choćby przykładem egzaminu czy klasówki w szkole. Jasio jest w panice, bo nie jest przygotowany, a Małgosia cieszy się, bo liczy na wykazane się posiadaną wiedzą lub umiejętnościami.

Ale co wtedy, gdy nie mamy do czynienia z umiejętnościami technicznymi, szkolnymi czy zawodowymi — a mimo to w pewnych sytuacjach odczuwamy nieprzyjemne emocje, na pozór bez żadnego powodu? Powody są, tyle że należą do innego obszaru rzeczywistości niż to, z czego rozliczają nas w szkole czy w pracy. Otóż poważnym obszarem „trudnych sytuacji” są po prostu kontakty z innymi ludźmi, nawet wtedy, gdy tym kontaktom nie towarzyszy wcale konieczność wykazania się umiejętnościami zawodowymi czy szkolnymi. Bo sam kontakt — nawet czysto towarzyski — może być sam w sobie „trudną sytuacją”, w której do głosu dochodzą obawy w rodzaju: co o mnie myślą, jak jestem odbierany, czy nie zostanę wyśmiany, źle potraktowany, czy nie zostaną zauważone moje wady, czy nie popełnię gafy, czy nie zachowam się głupio?…

Listę tego rodzaju obaw można ciągnąć dłużej, a wszystkie one są dowodem na to, że sam kontakt z innymi — bez dodatkowych, trudnych zadań — jest źródłem „trudnych sytuacji”. Te sytuacje trudne możemy określić jako „interpersonalne”, niezależnie od tego, że istnieją oprócz nich również te związane z umiejętnościami zawodowymi czy szkolnymi, a które możemy dla odróżnienia nazwać „sytuacjami zadaniowymi”. I jedne i drugie są źródłem zarówno pozytywnych, jak i negatywnych doznań, a towarzyszą im dwa zestawy umiejętności, które możemy nazwać analogicznie „umiejętnościami zadaniowymi” i „umiejętnościami interpersonalnymi” albo „społecznymi”.

Umiejętności społeczne

Pozostaje tylko zadać pytanie, czy owe „umiejętności interpersonalne” (albo „społeczne”) mogą być przedmiotem uczenia się, tak jak „umiejętności zadaniowe”? Na szczęście tak, choć czego innego będziemy się uczyć niż w przypadku umiejętności „zadaniowych”. Co to będzie?

Uważa się, że dla sprawnego, „nie stresującego” funkcjonowania w kontaktach z ludźmi potrzebne są nam, z grubsza biorąc, umiejętności trojakiego rodzaju. Jedna ich grupa to umiejętności związane z wyrażaniem siebie. A co takiego ma człowiek do wyrażenia? Na przykład to, czego potrzebuje (lub czego nie chce), to, co czuje lub to, co myśli (sądzi, uważa). Inaczej mówiąc — swoje potrzeby, emocje i opinie.

Oprócz wyrażania siebie mamy również potrzebę odpowiedniego, zadowalającego dla nas, reagowania na potrzeby, emocje i opinie innych. Wśród możliwych do wyrażenia opinii szczególne miejsce zajmują opinie innych osób na nasz własny temat, zwłaszcza zaś opinie negatywne, czyli krytyka naszej osoby lub naszych zachowań.

To właśnie lęk przed cudzym, negatywnym osądem bywa poważnym źródłem niepokoju i stresu, a także hamulcem do wielu naszych — potencjalnych — działań.

Oprócz umiejętności związanych z wyrażaniem siebie i reagowaniem na zachowania innych (zwłaszcza na zachowania nieakceptowane czy niepożądane) można też wyróżnić trzecią grupę umiejętności, związanych ze współpracą z innymi. Jako przykłady takich umiejętności można podać prowadzenie dialogu (bez agresji i wycofywania się), zwłaszcza przy odmiennych czy niezgodnych opiniach między rozmówcami, umiejętność zawierania porozumień czy umów (negocjacje), a także umiejętność rozwiązywania konfliktów (mediacje).

Do tych umiejętności należałoby jeszcze dodać zestaw konstruktywnych postaw, z których najważniejsze to: postawa wobec siebie samego, wobec innych ludzi i wobec sytuacji trudnych. Nie chodzi przy tym o postawy jakiekolwiek, lecz postawy korzystne, a za takie uznać by można: pozytywny stosunek do siebie samego (co oznacza pozytywną samoocenę, zadowalające poczucie wartości, wiarę we własne możliwości), pozytywny stosunek do otoczenia (wyrażający się zaufaniem do innych, poczuciem bezpieczeństwa w kontaktach, postawą prospołeczną) oraz dojrzały stosunek do problemów (sytuacji trudnych), wyrażający się traktowaniem ich raczej jako „zadania do rozwiązania” niż bariery w działaniu.

Taki zestaw umiejętności i postaw znacznie redukuje ryzyko uciekania się do pomocy środka chemicznego w konfrontacji z sytuacjami problemowymi.

Warsztaty psychologiczne dostarczają ludziom sytuacji, które służą nabywaniu tego rodzaju różnych umiejętności — osobistych i interpersonalnych („międzyludzkich”). Tego rodzaju doświadczenia dowodzą, że coraz trudniej wskazać takie własne cechy, przydatne w codziennym kontaktowaniu się z innymi ludźmi, których nie można by się nauczyć. Tyle tylko, że normalne życie nie zawsze dostarcza nam odpowiednio dużo dobrych okazji. Przeciwnie, czasem wręcz utrwala nasze wcześniej nabyte, wyuczone urazy, zahamowania czy obawy. Dlatego nieraz przydatne okazują się „sztuczne” sytuacje, nastawione specjalnie na to, by tych okazji dostarczyć — czyli szkolenia, treningi czy warsztaty psychologiczne.

Podsumowanie

Przedstawmy na koniec w zwartej postaci ten łańcuch zjawisk, które pojawiając się kolejno mogą zwiększać ryzyko sięgania po narkotyk (choć nie na pewno i nie zawsze, bo istnieje też prawdopodobieństwo dokonywania innych wyborów przez konkretne osoby).

W uproszczeniu ten łańcuch zjawisk przedstawia się następująco: niewydolny (bądź destrukcyjny) system wychowawczy (rodzinny bądź szkolny, bądź też obydwa) przyczynia się do pojawienia się deficytów w zakresie umiejętności społecznych i pozytywnych postaw, co z kolei sprawia, że wiele (zbyt wiele) sytuacji staje się „sytuacjami trudnymi”, w których pojawiają się negatywne emocje (z kręgu lęku i/bądź złości), co skłania niektórych do szukania sposobu natychmiastowej redukcji napięcia emocjonalnego (co ma dodatkowo związek z niską tolerancją na negatywne emocje (dyskomfort frustrację, stres), zaś jednym ze sposobów szybkiego uzyskania zmiany stanu emocjonalnego jest przyjęcie narkotyku (w sensie jakiejkolwiek substancji psychoaktywnej).

Oprócz tego, powyżej przedstawionego łańcucha przyczyn i skutków prowadzących do przyjęcia narkotyku, ciekawe jest też prześledzenie dwóch innych łańcuchów przyczynowo-skutkowych, ukazujących dalsze konsekwencje dwóch odmiennych sposobów zachowania się w sytuacji trudnej. Jeden z nich — to opisywane tutaj sięgnięcie po narkotyk. Drugi sposób — to rozwiązywanie problemu bez sięgania po narkotyk.

Odmienne konsekwencje każdego z tych wyborów zostały przedstawione w artykule pt. Narkotyk albo rozwój. Dwie strategie działania w sytuacjach trudnych.